Ostatnio nie ma nowych wpisów. Jakoś nie mam weny, ani ochoty pisać.
Chyba przez pogodę, która ostatnio jest po prostu paskudna. Ciągle chmury, i pada. Ile tak można? Jeżeli taka będzie cała jesień, to nie wiem co ja zrobie – chyba na jakieś wakacje gdzieś na jakieś wyspy będe musiał jechać
.
Pozatym nic nowego się nie dzieje.
W weekend oglądałem kilka nowych filmów, m.in. Ultimatum Bourne’a. Film po prostu świetny, oglądałem poprzednie dwa i bardzo czekałem na nową część. Jest naprawdę świetna. Non-stop akcja. Gorąco polecam!
Troszkę późno ta notka, i nie aktualna, ale wyprawa była niczego sobie więc pomyślałem że warto ją opisać.
W zeszły weekend, w niedziele żeby być dokładnym, wybraliśmy się z Adamem i Mirką nad morze
(w sumie nie wiem czy to morze, czy ocean; zatoka połączona z kanałem La-Manche – nie wiem czy tak to się pisze).
I to nie byle gdzie – Bournemouth jest jednym z najładniejszych, jeżeli nie najładniejszym kurortem w Anglii (takie opinie krążą wśród moich znajomych z pracy, i nie tylko).
No więc pobudka rano o 6:40 (po naprawdę długiej, i ciężkiej nocy
– nie pytajcie
), wyjazd ze stacji o 7:30 na Uxbridge, najbardziej wysunięta na zachód stację metra skąd miał nas zabrać kuzyn. Oczywiście jak co weekend, połowa metra była zamnięta ze względu na lokalne pracę, więc podróż się trochę wydłużyła.
No ale o 9:30 już byliśmy na miejscu (tzn. dalej w Londynie tylko po drugiej stronie), i czekaliśmy na transport
.
Następnie jakieś 2h drogi. Zeszło by szybciej tyle że przed samym wjazdem do Bournemouth był całkiem niezły tłok, przez który musieliśmy się przebić. Jak się okazało spowodowany był wypadkiem. Kurde – pomyślałem – taki tłok to ja nie wiem chyba musi sie palić i całkiem niezły karambol być. Jakieś 2 km dalej okazało się że po prostu jedno auto stuknęło drugie
. I przez to był korek na 5.000 samochodów. Świetnie.
Koło 11:30 dojechaliśmy na miejsce, zaparkowaliśmy na gigantycznym parkingu, i ruszyliśmy w stronę wody
(jak się potem okazało szliśmy równolegle do plaży dziwiąc się że ona tak daleko, no ale pzrynajmniej troche miasta zobaczyliśmy).
Miasto takie sobie, wiekszość budynków to obskurne rudery, nie ma o czym opowiadać – nie chciałbym tam mieszkać.
No ale plaże to co innego
. Przede wszystkim woda, bo w końcu to dla niej tam pojechaliśmy. Nareszcie zobaczyłem prawdziwą, czystą wodę. Taką która przy brzegu jest jasno błękitna, i widać dno, a im dalej tym bardziej ciemno-niebieska. Taak – woda była naprawde świetna
. Szczególnie widom z góry był świetny.
Oprócz tego to co się rzuciło w oczy to zejście na plaże. Byly schody, minidroga dla wózków, rolkarzy, deskorolkarzy i niepełnosprawnych a nawet kolejka która z góry na dól kursowała i woziła ludzi (tych którzy nie mogli zejść i którzy byli leniwi
). No i toalety. Ja wiem że się jest nad morzem itd. tylko u nas żeby iść do toalety to trzeba było kawałek się przejść. Często powodowało to odruch zwierzęcy, tzn. np. dziecku się chce siku, tatuś kopie dołek, dziecko wdziecznie robi w ten dołek i tatuś zasypuje dołek. Potem ktoś sobie kopie dołek bo chce się zasypać i… ![]()
Tak więc były toalety, i to naprawde dużo, blisko plaży i darmowych. Znacznie bardziej komfortowo się człowiek czuł a i jakoś pewniej wchodziło sie do wody
.
Sama woda, zupełnie inaczej się zachowywała niż ta w której miałem się kapać w Polsce.
Smak – była tak słona że jak pierwszy raz wskoczyłem, to myślałem że się porzygam
. Jak wychodziłem z wody i poleżałem troche na słońcu to sól po prostu wysychała i przechodziła w stan stały na mojej skórze, tak że jak pocierałem ręke to tak delikatnie się pruszyła – szok
.
Fale – wielkości 1.5m a czasem więcej – fajnie
. Człowiek sobie stoi po pas, magle płynie na niego fala tak ponad metr nad jego głowę. I trzeba walczyć o przeżycie
.
Oprócz tego woda po prostu wciągała. Jak szła fala, to tak jakby ciągnęło w stronę wody za nogi. Dziwne uczucie i niezbyt bezpieczne gdyż najpierw dostajesz chaka, lecisz na plecy a potem fala cię dobija
. Ola coś o tym wie – dzielnie walczyła z 3 falami. W połączeniu z kamieniami które leżały na dnie przy brzegu, skończyło się naszczęscie kilkoma siniakami i podrapaniami.
No i na koniec temperatura, woda była całkiem ciepła. Ale myślę że to dlatego że to zatoka.
Oczywiście plaży było kilka. Dla psów, dla ludzi, dla ludzi z psami itp.
.
Później pojechaliśmy do oceanarium (dobrze że mieliśmy gps’a tylko szkoda że wyłączył się 300m od celu
pozostawiając nas na pstawe losu). Wejście niezbyt drogie, ale nic specjalnego w środku. Małe rekiny, piranie i wszędzie pływające płaszczki. Lipa
. W porównaniu do London Aquarium, nic specjalnego (gdzie np. był ponad 2m rekin
).
No i doszliśmy do powrotu, który zaczął się tym że był na wyjeździe z Bournemouth tłok z powodu wypadku. Przez półtorej godziny zrobiliśmy ok. 1 km
. Potem było troche lepiej, chociaż jeszcze chyba dwa albo trzy razy zwalnialiśmy ze względu na wypadki. Przez to wszystko mieliśmy troche opóźnienia, i baliśmy się że nie będziemy mieli jak dojechać do mieszkania
. Na Uxbridge byliśmy ok. 23:20. Wsiedliśmy w metro, które jechało tylko do Baker Street. Tam znowu wskoczyliśmy w pierwszy pociąg circle, i na Liverpool Street byliśmy około 00:15
. No i Pan łaskawie nam powiedział że to był ostatni pociąg z tej platformy. Złapaliśmy autobus do Mile End, i piechotą szliśmy do mieszkania. Łącznie byliśmy na miejscu jakoś o 1:40 w nocy.
Ale było naprawde fajnie. Złapałem taką opalenizne, że jeszcze ją czuje
. No i zobaczylismy kawałek Anglii. Musimy częściej wybierać się w podobne podróże.
Jeżeli ktoś szuka fajnej plaży, naprawde polecam Bournemouth ale nie polecam podróży samochodem bo przez tłoki jest po prostu horror. Lepiej jechać pociągiem, ktory kosztuje niestety £70 z Londynu
. No ale coś za coś.
W weekend była wyjątkowo piękna pogoda, która zaskoczyła chyba wszystkich
. Pierwszy weekend od nie pamiętam kiedy, jak nie padało. Niebieskie niebo, bardzo dobra widoczność, pomyśleliśmy że warto by było iść na London Eye. Z góry w taki dzień widać by było chyba cały Londyn.
No więc spakowaliśmy się i wyruszyliśmy. Już na samym Westminister zdziwiła nas ogromna liczba ludzi. Żeby przejść przez sam most na drugą stronę potrzebowaliśmy chyba z 10 minut, gdzie normalnie idzie się góra trzy minuty. Straszny tłok. Już z daleka czułem, że do London Eye musi być gigantyczna kolejka
. No ale postanowiliśmy iśc dalej, by się upewnić… nagle z boku zobaczyłem 4 żołnierzy imperium stojących na podeście
– myślę o co chodzi?
Za chwile rozejrzałem się i zobaczyłem że praktycznie wszędzie są kierunkowskazy i reklamy wystawy Star-Wars. No i ja jako wierny fan Gwiezdnych Wojen (już od dziecka
) nie mogłem przepuścić takiej okazji. Poszliśmy jeszcze do samego London Eye, żeby zobaczyć tą giigantyczną kolejkę, ale już pod nosem nuciłem sobie piosenke z Gwiezdnych Wojen, i myślami byłem na wystawie
.
No a że kolejka okazała się naprawde duża, no to co zrobić? Przecież nie wrócimy tak po prostu do domu
– idziemy
.
Już przy samym wejściu można było spotkać rycerzy Jedi
którzy sprzedawali bilety (które nie były ani specjalnie tanie, ani specjalnie drogie – £16.50). Oprócz biletów mieli miecze świetlne, które bardzo mnie interesowały, i gdyby nie fakt że ta zabawka kosztowała £70 to z chęcia bym sobie kupił.
Po wejściu na teren wystawy, od razu zaczepiła nas księżniczka Leia, z zapytaniem czy reflektujemy na szkołe Jedi
. Kurde, no pewnie. Dostaliśmy bilety i zaczeliśmy zwiedziać
. Było mnóstwo statkow, w rozmiarach 1:1! Można było zobaczyć jak wyglądał ‘bolid’ którym mały Anakin ścigał się w pierwszej części Gwiezdnych Wojen. Statki kosmiczne. Makiety baz, łącznie z Gwiazdą Śmierci. Makiety budynków Naboo, Tatooine. Mnóstwo manekinów, począwszy od Gungan a na Darth Vaderze skńczywszy. A wogóle to nawet miałem okazje przejść koło niego, bo ciągle w korytarzach kręcili się to rycerze Jedi, to żołnierze imperium, to Darth Vader
.
Fajny klimat.
Był niebieski ekran, na który bardzo chciałem iść, ale jak to zwykle bywa, kolejka do najlepszych rzeczy jest największa. Tak więc sobie odpuściłem, ale idea mi się bardzo podobała. Wchodziło się przed niebieskie tło, i jakaś Jedi’jka
uczyła cię podstawowych machnięć mieczem świetlnym. Natomiast na monitorze w czasie rzeczywistym wszystko było obrabiane, i osoba machająca mieczem była wkładana w film, a dokładniej scene walki treningowej które obserwuje Master Yoda
. Świetna sprawa mieć taki filmik.
Sama szkoła Jedi była przeznaczona raczej dla dzieci, ale też miałem niezły ubaw. Bylo to w formie przedstawienia, które zaczęło się opowieścią że nadeszły ciemne czasy dla Rebelii, i poszukiwania są młodzi, silni, zdeterminowani padawani którzy gotowi są poświecić swoje życie w walce przeciwko imperium. Wybranych zostało 6 młodzieńców, no i na początku uczyli sie machać miniaturkowymi mieczami. Potem nagle pojawił się Lord Sith
, Darth Vader, z którym po kolei walczyliśmy
.
Ogólnie bardzo mi się podobało, dzięki Oli mam kupe zdjęć które w najbliższym czasie wrzuce na flickr’a.
A wszystkim fanom Star Wars naprawde polecam to wystawę. Świetnie jest zobaczyć to wszystko o czym się czytało, nie tylko na filmie, ale także na własne oczy
.
2 lutego 2007 – godzina 17:15… a dzisiaj – no w sumie nie dzisiaj
, dwa dni temu – 2 sierpnia 2007. Minęło już pół roku, od czasu jak wyjechałem z mojego rodzinnego kraju, zostawiając swóją rodzinę, znajomych, pracę, zwierzęta, a swój dorobek życia miniaturyzując do bagażu podróżnego 20kg
. Czas na jakieś podsumowanie.
Pamiętam to jakby było wczoraj – lądowanie – zamieszanie na lotnisku, gdyż miał po nas przyjechać kuzyn który zapomniał komórki
. A my do niego próbowaliśmy dzwonić, oczywiście bez skutku, i o ile lotnisko w Luton nie jest duże, to nie jest tak łatwo się tam znaleźć.
Później pierwsze starcia z szarą – angielską – rzeczywistościa, jak np. próba podróży autobusem po Milton do centrum (która zakończyła się 45 minutowym spacerem do centrum), które po prostu jeżdża każdy wg. własnych zasad
. Poszukiwania pracy, smak pierwszej kawy w costa
. Niezapomniane walentynki – wtajemniczeni wiedzą o co chodzi
. Wyjazd do Londynu na poszukiwanie pracy (to co mi utkwiło w pamięci z tego wyjazdu, to moment w jakim wszedłem do stacji metra na euston, i poczułem ten specyficzny zapach w metrach – ci którzy jeździli wiedzą o czym mówie), szybkojeżdżące pociągi, rozmowa, telefon ze Squiz z informacją że dostałem pracę, radość
, następnie ponad 3 tygodnie czekanie na rozpoczęcie pracy.
Mecze w Fife z kuzynem, zmywanie naczyń w zlewie z którego leci woda lodowata i wrzątek
.
Następnie poszukiwania mieszkania nie posiadając referencji, konta bankowego, stres z tym związany i wielokrotne wyjazdy do Londynu…
Ach – łezka się kręci
.
Nie wiem czemu, ale mam wrażenie że ten czas jak byliśmy w Milton, jak szukałem pracy, jak potem czekałem na jej rozpoczęcie, aż do wyprowadzki, trwał więcej niż mój łączny pobyt tutaj.
Następnie przeprowadzka, znowu wszystko nowe. Pierwsze dni pracy, starcia z indyjską obsługą BT
w celu zamówienia internetu. Fascynacja nową atmosferą w pracy, zwiedzanie Londynu. Nowy tryb życia (praca-weekend).
Trochę tego jest.
Ale zacznę od początku – dlaczego wogóle wyjechałem?
W polsce miałem dobrą pracę, a nawet 3
. Rodzinę, znajomych, samochód… Pracowałem po 12h dziennie… ups
– no właśnie. Fajnie było, nie brakowało niczego właśnie dlatego że człowiek większość dnia pracował. Wracał do domu, trochę pracy, na basen/zakupy/spacer, potem do poduszki jeszcze trochę pracy – ile tak można? Pozatym – wiadomo, kążdy kiedyś chciałby mieć potomstwo
i mimo iż mój czas jeszcze nie przyszedł to pomyślałem sobie – zaraz, przecież ja nie będe miał czasu żeby nawet pobawić się z moim dzieckiem bo cały dzień będe musiał pracować. Miałem ledwo skończone 24 lata. Pomyśleliśmy że teraz jeszcze możemy pozwolić sobie na eksperyment i spróbować wyjechać. Tym bardziej że kuzyn mieszkający w Milton Keynes powiedział że z przyjemnością nas przyjmie. Będziemy mogli poszukać sobie pracy pare tygodni, jeżeli znajdziemy to super – zostajemy, jeżeli nie – to potraktujemy ten czas jako wakacje. Myślę że mało kto kiedykolwiek myślący o wyjeździe, nie zdecydowałby się.
Wiem jak to jest przyjechać do Londynu, i zostać o godzinie 5pm bez mieszkania z walizkami w południowym Londynie (okolice Tooting Bec) po nieprzespanych 18h, i wiem jak dużym luksusem jest sytuacja kiedy przyjeżdżasz na pewne. Masz mieszkanie, masz znajomych, czeka na Ciebie pyszny obiad
.
No i stało się, kupiliśmy bilety, i powoli zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu, by 2 lutego opuścić nasz ‘ukochany’ kraj.
Pierwszego miesiąca pobytu tutaj wogóle nie odczułem. Może inaczej. Milton jest miejscem bardzo spokojnym, zielonym, luźnym… Niemalże jak taka większa Żabnica tylko w Anglii. Dlatego pobyt tam był naprawdę miły, przyjemny i spokojny a czas leeeeciał
.
Jednak po pierwszych poszukiwaniach pracy doszedłem do wniosku, że kariere w zawodzie będzie tam ciężko zrobić, i zacząłem szukać pracy w Londynie (gdyż Milton to tylko ok. 100km od Londynu; 35 min pociągiem
).
Po tym jak dostałem pracę zaczeliśmy myśleć o przeprowadzce, gdyż dojeżdżanie nie miało sensu – jakieś £500-£600 miesięcznie + czas który poświęcałbym na dojazdy. Wychodził bym z domu o 6:30 wracał ok. 20. Przerypane.
No więc szybkie szukania mieszkania, duży fart gdyż dostaliśmy 2 bedroom 2 bathroom w nowym budownictwie zupełnie bez żadnych referencji. Musieliśmy ‘tylko’ wyłożyc £3.200
– depozyt + miesiąc mieszkania + opłaty administracyjne dla agencji.
Do dzisiaj pamiętam obawy że mogą nas oszukać, ale jak widać były to tylko uprzedzenia przywiezione z Polski. Gdzie każdy rodak patrzy tylko jak drugiego wykiwać (no może uogólniam tutaj trochę, ale mimo wszystko uprzedzenia były z Polski
)…
Po przeprowadzce był najgorszy dla mnie okres jak tutaj jestem. Pierwsze dwa – trzy tygodnie. Przez wielu, a także przeze mnie, wspaniały Londyn okazał się zatłoczonym, brudnym, głośnym miastem do którego po prostu nie mogłem się przyzwyczaić. Myślę że to dlatego że jestem ze wsi
gdzie zawsze miałem swoje podwórko (fakt że w szczecinie nie było go, ale jak bardzo chciałem zawsze mogłem pojechać do domu gdzie czekała na mnie trawka, drzewka i mój pokój; teraz jest to troche trudniejsze
).
No więc rano chodziłem do pracy, jechałem maksymalnie zatłoczonym pociągiem linii Central Line, w którym jest duszno, tłoczno i strasznie głośno. Wychodząc na Liverpool Street czułem się jak po trzęsieniu ziemii. Potem 8.5h w pracy. 7.5h pracy i reszta wolnego. Praca specjalnie nie męcząca, ale fakt że wraca się – znowu głośnym pociągiem do domu – o 6:10pm, zje się, wypije coś, chwile odpocznie i jest 8-9pm po prostu mnie dołował. Gdzie czas dla siebie, żeby gdzieś pójść, coś kupić, pozwiedzać. Przeciez tutaj już zaraz trzeba iść spać żeby się wyspać. I ten ciągły hałas – mieszkamy 150m od autostrady.
Wtedy zacząłem się zastanawiać – po co mi to wszystko było – nie lepiej było zostać tam – gdzie mi było dobrze? Gdzie miałem rodzinę, znajomych, pracę…
Teraz jest już znacznie lepiej, do hałasu i tłoku się po prostu przyzwyczaiłem. Nie przeszkadzają mi już tak bardzo, a jak jest bardzo źle, to idziemy na jakiś spacer w mało ruchliwe miejsce jak Greenwhich Park, albo na docklands. Do pracy jeżdżę inna linią – Hammersmith & City, która nie jest tak szybka jak Central Line, ale nie ma nigdy w niej tłoku, nie jest duszno, mogę sobie usiąść i poczytać 20 min. w spokoju książkę. Czasami aż żałuje że już muszę wysiadać, bo doczytam jakiś fajny moment a tu muszę nagle przerwać
. Z pracą, tutaj po prostu tak jest, ludzie żyją pracą. Kończy się praca, z reguły idą do pub’u, potem do domu i spać. Rano znowu trzeba wstać i do pracy iść. Kiedyś przeczytałem na jakimś blogu, że u nich najpopularniejszą trasą jest trasa – praca – pub i pub – praca
. Muszę przyznać że jest w tym dużo prawdy. Dalej wracam późno, ale powoli zaczynam sobie to wszystko porządkować, zaczeliśmy biegać i zamierzamy zacząć chodzić na basen. Tylko najpierw musimy go znaleźć, bo wiekszość to baseny dla dzieci, tj. mają od 0.8m do 1.8m głębokości
. Można sobie kolana poździerać…
Londyn jest miastem które potrafi być meczące i trudne, ale jednocześnie ma bardzo wiele do zaoferowania. Darmowe muzea, parki, niepowarzalni ludzie… W miare jak tu mieszkam, coraz bardziej mi się podoba.
Tak więc reasumując, na dzień dzisiejszy jestem naprawde zadowolony z decyzji która podjeliśmy wraz z Olą 8 miesięcy temu. Nie ma co ukrywać, mieliśmy dużo szczęścia, jak np. z pracą, czy z mieszkaniem, jednak bardzo dużo zawdzięczamy też naszej rodzinie, znajomym, bez których naprawdę ciężko by nam było.
I tak, korzystając z okazji, chciałbym naprawdę gorąco podziekować mojemu Słoneczku, które jest ze mną tutaj, dzielnie wspiera mnie w każdym dniu dodając promieni i wnosząc radość do mojego życia
.
Moim rodzicom którzy zawsze mnie wspierali i wierzyli we mnie, nawet w okresie kiedy we mnie wiara upadła
.
Adamowi, Mirce i Kali, bez nich prawdopodobnie by nas tu nie było
.
Wszystkim znajomym na miejscu, dzięki którym jest z kim się spotkać, pogadać i spędzić czas w miłym towarzystwie.
Wszystkim znajomym których zostawiłem w Polsce, a którzy nadal utrzymują ze mną kontakt. Bardzo sie cieszę że nie zapominacie o mnie (i co ciekawe coraz więcej osób do mnie piszę, mówiąc że znaleźli mój blog i co tak u mnie słychać?
; miłe, wiadomo że nie pisze tych rzeczy tylko dla siebie).
Kolejne podsumowanie za pół roku. Wtedy minie rok od czasu jak tu przyjechałem. Biorąc pod uwagę dynamike z jaką zmieniało się moje życie w ostatnich misiącach, nie chcę snuć żadnych prognoz, bo kto wie – może moje życie znowu sie przewróci o 180” i wyląduje jeszcze gdzieś w Ameryce czy Australii
.
No i znowu synoptycy się pomylili, z tą różnicą że tym razem na naszą korzyść. Dzisiejsza niedziela była naprawdę piękna! ![]()
Nareszcie troche słońca w Londynie.
Wybraliśmy się do Greenwhich. Byłem tam już 2 lata temu, ale pamiętam że miejsce bardzo mi się podobało, więc czemu nie odwiedzić go znowu, tym bardziej że mamy tam dosłownie 20 minut DLR i chyba po tym 10 minut piechotą. Park jest naprawde uroczy, a muzeo-obserwatorium bardzo fajne. Zabrałem ze sobą aparat, i co prawda przez 80% czasu to nie ja nim robiłem zdjęcia, udało mi się zrobić jedno, które tak mi się podoba, aż chcem się nim podzielić
.

Oprócz tego Ola zrobiła kilka naprawdę fajnych zdjęć jak np. tą wiewiórkę.

Swoją drogą dalej nie mogę się przyzwyczaić, że zwierzęta takie jak wiewiórki biegają tutaj po parkach w najlepsze. W polsce widziałem je naprawdę rzadko, a tutaj nie dość że jest ich od groma, to można nawet je pokarmić, a jak człowiek jest odważny to zaciągnąć na swoją nogę i wtedy dać orzeszka!
. Akurat te nie były tak mocno oswojone, ale w Hyde Park’u są takie bo już to robiłem
. W najbliższym czasie się tam wybierzemy i jak się uda, wkleje fotki
.
Było też mini wesołe miasteczko…

…gdzie mnie nie wpuścili
…

Swoją drogą #2
to za to właśnie kocham mojego D70. Jak się już nauczysz go obsługiwać, to odwdzięczy Ci się rewelacyjnymi zdjęciami.
I na koniec, 2 zdjęcia z Olą-fotografem (te już nie robione D70, ale to od razu widać )
.


Udany dzień
.
Witam serdecznie wszystkich smakoszy w nowym kąciku kulinarnym na moim blogu pt. gotowanie z Bartkiem! ![]()
Jeszcze tytułem krótkiego wstępu do nowego kącika, to jak sama nazwa mówi będzie on związany z gotowaniem potraw. Potraw, które może nie są nowościa, ale które ja lubie, i potrafie zrobić, choć podczas sesji zdjęciowych potrawy przyrządzane są przez kogoś innego (no bo jak naraz mógłbym robić zdjęcia i gotować).
OK – a teraz do rzeczy
.
Potrawa nie jest ani trudna, jej przygotowanie nie jest czasochłonne a składniki tanie. Oprócz tego jest zdrowa i cholernie smaczna
. Jak ją poznałem? Ano jak przyjechałem do Anglii, przez pierwszy miesiąc mieszkałem u kuzyna w Milton Keynes (korzystając z okazji serdeczne pozdrowienia dla Adama, Mirki i Kali
). I tam widziałem raz jak kuzyn jadł tortille, ale się jakoś nie skusiłem, za drugim razem dostałem kawałek i się po prostu zakochałem.
Co będzie nam potrzebne? Na początek dwa zdjęcia.


No więc:
- placki na tortille
. W tesco są po chyba £0.90. - sos do warzyw – można go także zrobić samemu, ale jest dużo roboty, i nie jest to proste, a gotowiec jest całkiem dobry i tani
- piersi z kurczaka (moja ulubiona potrawa
), w naszym przypadku jedna, duża pierś jest w zupełności wystarczająca - cebula – nam starcza pół główki, jako ze Ola nie lubi tortilli z cebulą
- kapusta pekińska (w Anglii znajdziemy ją pod nazwą sałata chińska)
- papryka – może być żółta, czerwona, zielona – kto co lubi
- pomidorek
- ogórek – może też być kiszony jeżeli ktoś lubi
Do tego troche przypraw, patelnia, troche oleju i chęci. No więc do roboty
.
Krok pierwszy – krojenie i przygotowanie składników.
Pierś/i z kurczaka kroimi w małe kawałeczki – u mnie na zdjęciu są już pokrojone. Trzeba zwrócić uwagę na wielkość kawałkow żeby nie były czasami za małe, bo potem będą uciekały między zębami
. Kroimi resztę warzyw tak jak na zdjęciu
.
Krok drugi – smażywy kurczaka.
Nalewamy oleju (nie za dużo, żeby potem kurczak nie obciekał tłuszczem) na patelnie i wrzucamy na ruszt kurczaczka.

Dodajemy przypraw, tak jak kto woli (ja np. preferuje sól, pieprz, papryka, papryka ostra, bądź czasami np. pyszną przyprawe gyros – pozdrowienia dla Milton
, lub trochę przyprawy czosnkowej) i smażymy.
Jak już kurczaczek osiągnie kolor złocisty (czyli będzie upieczony), kończymy etap pieczenia kurczaka i przechodzimy do kolejnego kroku
.

Krok trzeci – nakładanie składników na placki.
To juz przedostatni, ale i bardzo ważny krok. Na początku najlepiej wrzucić placki do mikrofalówki na jakies 10-12 sekund. Dzięki temu staną się bardziej miękkie i łatwiem będzie je potem składać. Po tym smarujemy placki sosem, tak jak to robią ręce Oli na zdjęciu
.

Nie przesadzamy z ilościa sosu, bo jego smak jest dość intensywny – damy za dużo – będzie po prostu nie dobre.
Następnie kładziemy troche kapusty.

Jak już mamy ładnie przygotowane podłoże (ułożone gniazdko
), możemy wrzucić nasze starannie upieczone, pyszne, wspaniałe kurczaczki
. Tutaj z ilością jak kto woli – ja preferuje duuuużo.

Mniaaaam…

Dorzucamy resztę warzywek, musimy pamiętać żeby nie przesadzić z ilością, bo nie da się potem zamknąć placka
.

Już prawie koniec, nasza tortilla wygląda tak…

Teraz możemy przejść do ostatniego, i najtrudniejszego kroku.
Krok czwarty – składamy tortille.
Jest to ostatni krok przyrządzania tortilli, i jednocześnie najtrudniejszy. Może się bowiem zdarzyć że placek pęknie, lub jeżeli nałożyliśmy za dużo warzyw, nie będzie chciał się ładnie dać złożyć.
No to jedziemy…
Łapiemy za dół placka, i zawijamy go tak, aby dolna krawędź sięgała 1/5 średnicy tortilli od góry
.

Następnie łapiemy prawą stronę tortilli i zawijamy ją do środka.

Przytrzymując jak na powyższym zdjęciu dwoma palcami (wskazującym i serdecznym) prawej ręki, łapiemy lewe skrzydełko placka tortilli i zawijamy do środka, po czym przytrzymujemy ją na środku żeby się nie rozwinęła.

Jeżeli tak byśmy ją zostawili, to nasze jedzenie mogło by zacząć nam uciekać (tortilla by się rozwijała, a my zamiast rozkoszować się jedzeniem myślelibyśmy, jak tu zrobić żeby nic nie wypadło
). Dlatego na sam koniec, bawimy się w świstaka, i zawijamy tortille w sreberka
.

Voila – tortilla – gotowa do zjedzenia!


I to już wszystko, całość zajmuje około 15-20 minut, także naprawde nie długo a efekt jest naprawde pyszny
. Sam dzisiaj skosztowałem, więc wiem co mówie!
.
Mam nadzieję że instrukcja jest jasna i pełna, lecz jeżeli ktokolwiek będzie miał jakieś pytania, proszę śmiało komentować.
Na koniec chciałbym serdecznie podziekować Dziubkowi, który tak ładnie dba o to żebym nie zmarniał, i bez którego (bym już pewnie zdechł z głodu) tego przepisu by nie było
.
Pozdrawiam serdecznie, i do napisania w kolejnym wpisie ‘gotowanie z bartkiem’
.
No i mamy kolejny weekend. Wstaliśmy rano, piękna pogoda. Zjedliśmy śniadanko, przyszykowałem aparat. Moja druga połówka się wyszykowała, no to idziemy, w końcu to Londyn. Widzieliśmy go może z 2%
.
No i tutaj pierwsze rozczarowanie, dochodzimy do stacji metra, tablica informacji nt. obecnego statusu cała zapisana. Podchodzimy bliżej i widzimy mniej więcej to:

Nosz kuźwa. Jest sobie weekend. Cały tydzień człowiek czeka. I to nie ja sam, bo z reguły w weekendy metra są naprawdę zawalone. Mnóstwo ludzi wylega z domów na zakupy, zwiedzanie, łażenie a oni zamykają 4 linie (z czego dwie jeżdża do mnie).
Wychodzimy na peron, tak czekamy na metro, gadamy, gadamy… zaraz gdzie jest słońce? Szybkim ruchem głowy zlustrowałem otaczające mnie niebo (normalnie tekst jak z książki
No nic, wracamy… w drodze powrotnej zahaczyliśmy o tesco – mieliśmy kupić płyn do płukania, i sprzęcior na obiad – tortille, ale jak zwykle wracaliśmy z 6 reklamówkami i 20 centymetrowym rachunkiem
Za oknem, oczywiście pada… no nic – to po prostu Summer in London…
Ponieważ jestem osobą która robi z reguły kilka rzeczy na raz, często zdarza mi się zapomnieć co chciałem/miałem zrobić, co czasami przynosi mi opłakane skutki (jak np. to że zapomniałem podlać mojego bambuska… zmarł
).
Od jakiegoś czasu do organizacji używałem plików tekstowych i vim’a. Po prostu jak miałem coś zrobić, zapisywałem to sobie, i miałem wrzucone na swój serwer. Jak potrzebowałem coś dopisać, to po prostu otwierałem vim, i dodawałem odpowiednią linjkę.
Problem pojawiał się jak np. chciałem sobie zapisać zdjęcie (jak niby wrzucić zdjęcie do vim’a
; tak wiem, jak bym się uparł, to mógłbym, ale chciałbym aby narzędzie z którego korzystam było także w miare wygodne, i miłe dla oka – taki ze mnie mały gadżeciaż
), czy też przy większej ilości danych, todos, spotkań vim stawał się mało przejrzysty, i po prostu nieodpowiedni do tego typu zadań. Nawet brak głupiego kalendarza stawał się wkurzający
.
No więc spróbowałem Mozilla Sunbird. Całkiem fajna, ale jakoś nie przypadła mi do gustu.
Próbowałem organizera dołączonego do Horde, ale też nie spełnił moich oczekiwań.
Jakiś czas temu usłyszałem o produkcie 37signals.com – backpack’u, a że od jakiegoś czasu używam ich basecamp’a do organizacji pracy nad różnej maści projektami (naprawde rewelacja, ale to już opisze w innym wpisie
), pomyślałem że produkt może być całkiem ciekawy. No i… nie myliłem się
!
Jest to jedna z lepszych rzeczy na jaką trafiłem w internecie. Nie długo go używam, ale jest po prostu rewelacyjny.
Interfejs – nie wiem czy to javascript czy ajax (w sumie jaka różnica, Ajax to po części javascript) – jest super.
Mogę przesuwać elementy, układać w dowolnej kolejności. Dzięki w/w gadżetom strony – mimo iż całość stoi na zagranicznych serwerach – ładują się błyskawicznie. Interfejs jest przejrzysty, intuicyjny – po prostu jak nokia
.
Mam świetny kalendarz, liste moich stron (tak nazwali to panowie z 37signals) w której mogę sobie robić listy (ja to traktuje jako todo), dłuższe notki, dodawać zdjęcia, pliki, wszystko ładnie porządkować, dodawać linki a wszystkie strony współdzielić z innymi użytkownikami backpack’a (czyli np. szukamy nowego mieszkania z dziewczyną, robimy wspólna strone, udostępniamy sobie nawzajem, wklejamy zdjęcia, jak coś obdzwonimy, możemy odznaczyć; po prostu idealna rzecz do wymiany informacji). Oprócz tego mam możliwość definiowania reminderów! Oznacza to tyle że jeżeli teraz w kalendarzu na następne 5 tygodni w piątki o 20 ustawiam sobie info że mam podlać kaktuska, to o 19:30 dostanę maila z przypomnieniem! Jak dla mnie świetna sprawa!
Wiem że jest dużo innych produktów które może i mają podobną, jeżeli nie znacznie większą funkcjonalność, ale jakoś żaden nie podszedł mi tak jak backpack. Każdy był albo przekombinowany, albo zbyt biedny, albo brzyki, albo nie intuicyjny. Backpack daje mi wszystko czego potrzebuje, i to w bardzo ładnym opakowaniu – dlatego tak bardzo mi się podoba.
Fakt – produkt nie jest darmowy, ale sorry – 5$ (najniższa wersja – na razie mi starcza) jestem w stanie zaplacić za narzędzie które naprawde pomaga mi organizować mój czas, jest fajne, przyjemne, intuicyjne i mam do niego dostęp praktycznie z każdego miejsca (bo jest. np. funkcja która pozwala dodawać elementy wysyłając maila na określony, generowany automagicznie adres e-mail).
Nie będe tutaj zamieszczał screen’ów, gdyż na stronie producenta jest ich od groma. Jedyny minus, jak dla mnie, to brak obługi języka polskiego, co – moim zdaniem – uniemożliwia korzystanie z niego wielu nieznającym angielskiego, rodakom.
Innym – naprawdę serdecznie polecam, na pewno się nie zawiedziecie… a jeżeli się zdecydujecie, to zamówcie proszę konto klikając w poniższy obrazek ![]()

Dzięki temu skromne 2$ spłynie na moje konto – wy nic nie stracicie, a ja zyskam
Od jakiś dwóch lat (z okładem) jestem naprawde szcześliwym posiadaczem Nikon’a D70. Aparat, mimo iż nienajowszy, nadal spisuje się całkiem nieźle i w zupełności mi wystarczy (czyt. używam może 30% jego potencjału
). No ale po ponad 2 latach pstrykania, i przeszło 10.000 klapnięciach migawki, przyszedł czas na solidne, mokre szorowanie matrycy (a raczej filtru AA który znajduje się nad nia; wiele osób które mówi “czyszczę matrycę”, jest w błędzie; matrycy sie z reguły nie czyści – tylko w wyjątkowych sytuacjach – czyści się filtr znajdujący się nad nią, tzw. low pass filter).
Dwa lata temu jak miałem paprochy, i już grucha nie pomagała, kupiłem na amerykańskim Ebay’u Sensor Brush’e. Specjalne pędzelki zrobione z ultra-delikatnego płótna, którymi można bylo do woli zamiatać po filtrze, a także po lustrze (gdyż dostałem 2 – jeden z przeznaczenie do filtru, drugi do lusta). Wtedy sprawdziły się świetnie – jedno z lepiej wydanych 9$ w moim życiu
. Ale teraz już nie dawały rady.
No więc miałem kilka opcji do wyboru.
- Pierwsza – Wysłać aparat do Nikon’a z prośba o czyszczenie. Plus jest taki że pewnie zrobili by to dobrze. Minusy są takie że przez minimum 2 tygodnie pozbawiony byłbym aparatu, oraz usługa była by płatna (gdyż aparat jest już po gwarancji), a że mieszkam w Anglii, to płatna w £, co nie oznacza raczej nic dobrego
. - Druga opcja to oddanie go do czyszczenia w jakimś lokalnym photo-shopie
. Pytałem w kilku shop’ach, i ceny bywały różne, od £25 do nawet £90 (jessops), czas oczekiwania podobny – od 15 minut, do kilku dni (znowu jessops…) a jakość usługi – z tego co czytałem na grupach dyskusyjnych – często wątpliwa. - Trzecia opcja była najbardziej stresująca, najbardziej ryzykowna, najmniej kosztowna i najciekawsza
. Mianowicie kupno sensor-swabów, płynu (np. eclipse, lub VDust) i samodzielne czyszczenie matrycy
.
Czemu stresujące, i najbardziej ryzykowne – bo łatwo można spieprzyć sprzęt.
Najtańsze – bo zestaw za £35 starczy mi na jakieś 5 lat
– może nawet więcej.
Najciekawsze – no co tu dużo mówić
… zaje***** sprawa
.
Jak zapewne się domyślacie – wybrałem opcję trzecią. Pogooglałem trochę, i znalazłem na stronie cameraworld.co.uk Sensor Swab‘y i płyn VDust który był bardzo pozytywnie opisywany na innych stronach. Dlaczego cemeraworld? Ano dlatego że mają oddział w Londynie, gdzie mogłem sobie pójść i kupić cały ekwipunek, i przy okazji obejrzeć go na miejscu.
Buteleczka może i wygląda na duża na poniższym zdjęciu:
ale jest taka kuźwa mała że szkoda gadać. Dobrze że dawkowanie tego płynu nie jest zbyt duże, bo wtedy opłacalność tego przedsięwzięcia stała by się sprawa dyskusyjną.
Sensor Swab’y występowały w dwóch kolorach. Zielonym i pomarańczowym. Pytałem i różnice, ale sprzedawca mi powiedział że nie ma żadnej (do czego nie jestem jakoś do końca przekonany, ale też jestem zbyt leniwy żeby to sprawdzić
). Jest ich sztuk 12. Starczy na troche czasu… a pudełeczko wygląda tak:
Jak tylko dojechałem do domu, wziałem sie za czyszczenie aparatu. Na początek otworzyłem go, i solidnie wydmuchałem gruchą, po czym wziąłem jedną łopatkę, nakropiłem na nią 4 kropelki płynu, postępując wg. instrukcji odczekałem jakies 15-20 sekund (żeby płyn troche odparował, i zacząłem mycie filtru (pamiętając że należy to robić w jednym kierunku, od strony prawej do lewej – jeżeli trzymacie aparat “twarza” do siebie
). Po dosłownie 4 przejechaniach – płyn wysychał błyskawicznie, nie wiem, 2 może 3 sekundy – matryca jest czysta jak nigdy
.
Reasumując nie jest to nic strasznego. Ryzyko uszkodzenia aparatu podczas wykonywania tej czynności jest bardzo nikłe, pod warunkiem że będziecie to robili sprzętem do tego przeznaczonym – czyli sensor swabami i odpowiednim płynem (żadnych spirytusów, ściereczek do optyki itp; wierzcie mi – przekonałem się na własnej skórze o tym
).
Zapewne mało z nas cieszyłby fakt konieczności pozbycia się aparatu na minimum 2 tygodnie i do tego jeszcze płacenia za to… (co najlepsze jestem pewny że jakbym go nie miał, najbardziej by mi się chciało robić zdjęcia – ale tak to już jest, jak czegoś nie możesz mieć – pragniesz tego najbardziej
).
Także policzcie – pieniążki które zaoszczędzicie na czyszczeniach matrycy w najbliższych latach, oraz przede wszystkim czas w którym pozbawieni będziecie swojego aparatu… jak dla mnie – wybór jest oczywisty.
To by było na tyle, i pamiętajcie, nie taki diabeł straszny, jak go malują
.
Reasumując ostatni weekend, który właśnie mi się kończy (nad czym bardzo to ubolewam), mogę powiedzieć iż był czysto filmowy. A co było na ruszcie?
1). Hit ostatnich dni, wszędzie o nim głośno, wszędzie zielono… Shrek trzeci, oczywiście w Polskiej wersji językowej. Co jak co, ale takie filmy jak Shrek wg. mnie są znacznie lepsze z polskim dubbingiem niż np. angielskim. Sam film był… taki sobie. Szczerze mówiąc myślałem że będzie znacznie lepszy. Przez cały film pośmiałem sie może 4-5 razy, gdzie w przypadku poprzednich części może było 4-5 sytuacji w których się nie smiałem. No ale w końcu to już trzecia część Shreka, może po prostu brakowało pomysłów autorom, ale skoro tak – chyba lepiej by zrobili kończąc na dwójce. Mimo wszystko polecam.
2). Spiderman 3 – tutaj bez nowinek. Czerwono niebieski pajacyk skaczący na linkach wystrzelanych z dłoni. Czasem lubie obejrzeć takie klimaty, jednak nie częściej niż raz na 2 lata – czyli akurat nadszedł czas
.
3). Shooter – sam fakt że główną rolę gra Wahlberg był dla mnie odpowiednim powodem żeby obejrzeć film. Uwielbiam (bez żadnych dwuznaczności
) tego aktora. Powiem tyle – film świetny – gorąco polecam.
Oprócz tego byliśmy w Regent’s Park który jest po prostu uroczy. Strasznie żałuje że mój aparat ma zapyziałą matrycę (która zresztą będe próbował w tygodniu czyścić o czym zapewne napiszę
), bo nie mogłem popstrykać. Chociaż z drugiej strony, będe miał powód żeby pójśc tam raz jeszcze
.
Ostatnio jakoś nie mam natchnienia do pisania, a szkoda bo już prawie rok istnieje mój blog, i rzadziej lub częsciej coś tutaj pisywałem (mimo wielu uwag nt. tematyki wpisów
). Musze się jakoś zmobilizować, bo w końcu mój blog całkiem ‘zardzewieje’ i siłą rzeczy – z praktycznego punktu widzenia – przestanie istnieć.
Ostatnie dni spędziłem w Polsce. Nareszcie, po 5 miesiącach za granicą udało mi się zawitać w moich domowych progach
. Fajnie było, nawet bardzo, tylko szkoda ze tak krótko. Bo 5 miesięcy zaległości ciężko nadrobić w ciągu niespełna 6 dni.
Odwiedzić najbliższą rodzine, poopowiadać jak mi jest, jak ‘tam’ jest, i to kilka razy to samo, wybawić sie z psami, spotkać z kolegami…
Swoją drogą wstawanie o 2 rano po to żeby wylecieć samolotem o 7.10 to masakra. Jakby człowiek sie nie starał zasnąć poprzedniego dnia wcześniej (bo plan był że wracam z pracy i ide spać – tak koło 8 pm
), nie uda mu się. Tym sposobem spać poszedłem o 0:30 a wstawałem o 2.00
. Straaaasznie fajnie… Ale jest też pozytywna strona takiego przedsięwzięcia – po przyjeździe ‘prawie’ cały dzień dla mnie. Prawie, ma tutaj takie znaczenie jak w reklamie, bo 5h spędziłem odsypiając to co w nocy straciłem
.
Tak jak pisałem, pobyt w domu minął mi błyskawicznie, ale nic w tym dziwnego – to co dobre zawsze szybko się kończy.
Dodatkowo nasz powrót zbiegł się w czasie z kilkoma mało ciekawymi wydarzeniami w Anglii i troszkę obawiałem się ze na lotnisku zostaną wprowadzone dodatkowe restrykcje odnośnie przewożenia sprzętu typu laptopy i aparaty. Jednym słowem że będą musiały podróżować w bagażach podróżnych a nie podręcznych, co oznaczało by jedno – że będe musiał zostawić je w domu. Na szczęście nie było nic takiego, ale strachu troche się najadłem
.
A wrecz przeciwnie do moich obaw, spotkało nas pozytywne zaskoczenie. Jak puki co większość polaków na emigracji, wracając z domu wzieliśmy wałówkę. Nie chodzi już nawet o to że jedzenie jest droższe w Anglii, bo na brak £ nie cierpimy, ale o to że jest po prostu lepsze. No i spowodowało to że nasze dwie torby, które w drodze z Anglii do Polski ważyły łącznie niecałe 5kg w drodze powrotnej ważyły ponad 46 kg
. Pani troszkę się krzywiła ale jakoś się udało przejść bez dodatkowego płacenia, a dzięki umiejętnościa perswazji udało nam się jeszcze dopakować do nich ponad 2kg
.
Po powrocie do Londynu, nic ciekawego – ten sam hałas, te same tłoki i Ci sami ludzie z chyba wszystkich krajów świata
.
Oprócz tego minął okres próbny mojej pracy w squiz. Miałem krótką rozmowe, w sumie całkiem przyjemną tyle że nie do końca nie spełniła moich oczekiwań…
. No ale jeszcze poczekam, i zobacze co mi życie przyniesie.
W ostatnich dniach strasznie głośno wszędzie o nowym produkcie apple – iPhone. Obejrzałem kilka filmików pokazujących możliwości tego telefonu, i szczerze mowiąc nie wiem czy chciałbym mieć taki ‘telefon’ (o ile można go jeszcze nazwać telefonem).
Dla mnie telefon powinien dzwonić, umożliwiać dzwonienie, wysłanie/odebranie sms’a i mieć wbudowany budzik (który jest dla mnie po prostu nie zastąpiony), a reszta ich możliwości to po prostu dodatki z których przynajmniej ja i tak nie korzystam (jak np. aparat 5mpx jak to ma Nokia N95 który robi gorsze zdjęcia niż mój Canon PowerShot A70 mający 3.2 mpx produkcji 2003 roku, lub organizer którego obsługa jest tak praktyczna, intuicyjna i wygodna jak w przypadku emacs’a
). Jeżeli chcesz mieć telefon, to kupujesz telefon. Jeżeli chcesz mieć aparat – to kupujesz aparat. Tak samo w przypadku mp3 playera i innych rzeczy. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do d***
.
No ale widząc liczby ilości sprzedanych iPhone’ów w ciągu pierwszych dni w USA, można wnioskować że albo ludzie lecą na te gadżety i akcja marketingowa Apple poprzedzająca premiere iPhone działa świetnie (w sumie to USA, kraj w których marketing gra bardzo ważną rolę w życiu publicznym), albo ten iPhone ma jednak coś w sobie. Zobaczymy, pod koniec roku ma być dostępny w brytyjskiej o2… Może jeszcze będe odszczekiwał swoje słowa
.
I jeszcze jedno, jak dla mnie największym błędem ze strony Apple w kwestii iPhone’ów jest fakt, ze po ‘zużyciu’ się baterii (co, wg. Apple ma miejsce po ok. 300 ładowaniach) telefon trzeba będzie wysłać do Apple’a i zapłacic 80$ za wymianę baterii na nową.
Co jak co – ale to już jest przegięcie…