2 lutego 2007 – godzina 17:15… a dzisiaj – no w sumie nie dzisiaj :-) , dwa dni temu – 2 sierpnia 2007. Minęło już pół roku, od czasu jak wyjechałem z mojego rodzinnego kraju, zostawiając swóją rodzinę, znajomych, pracę, zwierzęta, a swój dorobek życia miniaturyzując do bagażu podróżnego 20kg :-) . Czas na jakieś podsumowanie.

Pamiętam to jakby było wczoraj – lądowanie – zamieszanie na lotnisku, gdyż miał po nas przyjechać kuzyn który zapomniał komórki :-) . A my do niego próbowaliśmy dzwonić, oczywiście bez skutku, i o ile lotnisko w Luton nie jest duże, to nie jest tak łatwo się tam znaleźć.
Później pierwsze starcia z szarą – angielską – rzeczywistościa, jak np. próba podróży autobusem po Milton do centrum (która zakończyła się 45 minutowym spacerem do centrum), które po prostu jeżdża każdy wg. własnych zasad :-) . Poszukiwania pracy, smak pierwszej kawy w costa :-D . Niezapomniane walentynki – wtajemniczeni wiedzą o co chodzi :-) . Wyjazd do Londynu na poszukiwanie pracy (to co mi utkwiło w pamięci z tego wyjazdu, to moment w jakim wszedłem do stacji metra na euston, i poczułem ten specyficzny zapach w metrach – ci którzy jeździli wiedzą o czym mówie), szybkojeżdżące pociągi, rozmowa, telefon ze Squiz z informacją że dostałem pracę, radość :-) , następnie ponad 3 tygodnie czekanie na rozpoczęcie pracy.
Mecze w Fife z kuzynem, zmywanie naczyń w zlewie z którego leci woda lodowata i wrzątek :-) .
Następnie poszukiwania mieszkania nie posiadając referencji, konta bankowego, stres z tym związany i wielokrotne wyjazdy do Londynu…
Ach – łezka się kręci ;-) .
Nie wiem czemu, ale mam wrażenie że ten czas jak byliśmy w Milton, jak szukałem pracy, jak potem czekałem na jej rozpoczęcie, aż do wyprowadzki, trwał więcej niż mój łączny pobyt tutaj.
Następnie przeprowadzka, znowu wszystko nowe. Pierwsze dni pracy, starcia z indyjską obsługą BT :-) w celu zamówienia internetu. Fascynacja nową atmosferą w pracy, zwiedzanie Londynu. Nowy tryb życia (praca-weekend).
Trochę tego jest.

Ale zacznę od początku – dlaczego wogóle wyjechałem?
W polsce miałem dobrą pracę, a nawet 3 :-) . Rodzinę, znajomych, samochód… Pracowałem po 12h dziennie… ups :-) – no właśnie. Fajnie było, nie brakowało niczego właśnie dlatego że człowiek większość dnia pracował. Wracał do domu, trochę pracy, na basen/zakupy/spacer, potem do poduszki jeszcze trochę pracy – ile tak można? Pozatym – wiadomo, kążdy kiedyś chciałby mieć potomstwo ;-) i mimo iż mój czas jeszcze nie przyszedł to pomyślałem sobie – zaraz, przecież ja nie będe miał czasu żeby nawet pobawić się z moim dzieckiem bo cały dzień będe musiał pracować. Miałem ledwo skończone 24 lata. Pomyśleliśmy że teraz jeszcze możemy pozwolić sobie na eksperyment i spróbować wyjechać. Tym bardziej że kuzyn mieszkający w Milton Keynes powiedział że z przyjemnością nas przyjmie. Będziemy mogli poszukać sobie pracy pare tygodni, jeżeli znajdziemy to super – zostajemy, jeżeli nie – to potraktujemy ten czas jako wakacje. Myślę że mało kto kiedykolwiek myślący o wyjeździe, nie zdecydowałby się.
Wiem jak to jest przyjechać do Londynu, i zostać o godzinie 5pm bez mieszkania z walizkami w południowym Londynie (okolice Tooting Bec) po nieprzespanych 18h, i wiem jak dużym luksusem jest sytuacja kiedy przyjeżdżasz na pewne. Masz mieszkanie, masz znajomych, czeka na Ciebie pyszny obiad :-) .
No i stało się, kupiliśmy bilety, i powoli zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu, by 2 lutego opuścić nasz ‘ukochany’ kraj.

Pierwszego miesiąca pobytu tutaj wogóle nie odczułem. Może inaczej. Milton jest miejscem bardzo spokojnym, zielonym, luźnym… Niemalże jak taka większa Żabnica tylko w Anglii. Dlatego pobyt tam był naprawdę miły, przyjemny i spokojny a czas leeeeciał :-) .
Jednak po pierwszych poszukiwaniach pracy doszedłem do wniosku, że kariere w zawodzie będzie tam ciężko zrobić, i zacząłem szukać pracy w Londynie (gdyż Milton to tylko ok. 100km od Londynu; 35 min pociągiem :-) ).
Po tym jak dostałem pracę zaczeliśmy myśleć o przeprowadzce, gdyż dojeżdżanie nie miało sensu – jakieś £500-£600 miesięcznie + czas który poświęcałbym na dojazdy. Wychodził bym z domu o 6:30 wracał ok. 20. Przerypane.
No więc szybkie szukania mieszkania, duży fart gdyż dostaliśmy 2 bedroom 2 bathroom w nowym budownictwie zupełnie bez żadnych referencji. Musieliśmy ‘tylko’ wyłożyc £3.200 :-) – depozyt + miesiąc mieszkania + opłaty administracyjne dla agencji.
Do dzisiaj pamiętam obawy że mogą nas oszukać, ale jak widać były to tylko uprzedzenia przywiezione z Polski. Gdzie każdy rodak patrzy tylko jak drugiego wykiwać (no może uogólniam tutaj trochę, ale mimo wszystko uprzedzenia były z Polski :-) )…

Po przeprowadzce był najgorszy dla mnie okres jak tutaj jestem. Pierwsze dwa – trzy tygodnie. Przez wielu, a także przeze mnie, wspaniały Londyn okazał się zatłoczonym, brudnym, głośnym miastem do którego po prostu nie mogłem się przyzwyczaić. Myślę że to dlatego że jestem ze wsi :-) gdzie zawsze miałem swoje podwórko (fakt że w szczecinie nie było go, ale jak bardzo chciałem zawsze mogłem pojechać do domu gdzie czekała na mnie trawka, drzewka i mój pokój; teraz jest to troche trudniejsze ;-) ).
No więc rano chodziłem do pracy, jechałem maksymalnie zatłoczonym pociągiem linii Central Line, w którym jest duszno, tłoczno i strasznie głośno. Wychodząc na Liverpool Street czułem się jak po trzęsieniu ziemii. Potem 8.5h w pracy. 7.5h pracy i reszta wolnego. Praca specjalnie nie męcząca, ale fakt że wraca się – znowu głośnym pociągiem do domu – o 6:10pm, zje się, wypije coś, chwile odpocznie i jest 8-9pm po prostu mnie dołował. Gdzie czas dla siebie, żeby gdzieś pójść, coś kupić, pozwiedzać. Przeciez tutaj już zaraz trzeba iść spać żeby się wyspać. I ten ciągły hałas – mieszkamy 150m od autostrady.
Wtedy zacząłem się zastanawiać – po co mi to wszystko było – nie lepiej było zostać tam – gdzie mi było dobrze? Gdzie miałem rodzinę, znajomych, pracę…

Teraz jest już znacznie lepiej, do hałasu i tłoku się po prostu przyzwyczaiłem. Nie przeszkadzają mi już tak bardzo, a jak jest bardzo źle, to idziemy na jakiś spacer w mało ruchliwe miejsce jak Greenwhich Park, albo na docklands. Do pracy jeżdżę inna linią – Hammersmith & City, która nie jest tak szybka jak Central Line, ale nie ma nigdy w niej tłoku, nie jest duszno, mogę sobie usiąść i poczytać 20 min. w spokoju książkę. Czasami aż żałuje że już muszę wysiadać, bo doczytam jakiś fajny moment a tu muszę nagle przerwać :-) . Z pracą, tutaj po prostu tak jest, ludzie żyją pracą. Kończy się praca, z reguły idą do pub’u, potem do domu i spać. Rano znowu trzeba wstać i do pracy iść. Kiedyś przeczytałem na jakimś blogu, że u nich najpopularniejszą trasą jest trasa – praca – pub i pub – praca :-) . Muszę przyznać że jest w tym dużo prawdy. Dalej wracam późno, ale powoli zaczynam sobie to wszystko porządkować, zaczeliśmy biegać i zamierzamy zacząć chodzić na basen. Tylko najpierw musimy go znaleźć, bo wiekszość to baseny dla dzieci, tj. mają od 0.8m do 1.8m głębokości :-) . Można sobie kolana poździerać…
Londyn jest miastem które potrafi być meczące i trudne, ale jednocześnie ma bardzo wiele do zaoferowania. Darmowe muzea, parki, niepowarzalni ludzie… W miare jak tu mieszkam, coraz bardziej mi się podoba.

Tak więc reasumując, na dzień dzisiejszy jestem naprawde zadowolony z decyzji która podjeliśmy wraz z Olą 8 miesięcy temu. Nie ma co ukrywać, mieliśmy dużo szczęścia, jak np. z pracą, czy z mieszkaniem, jednak bardzo dużo zawdzięczamy też naszej rodzinie, znajomym, bez których naprawdę ciężko by nam było.
I tak, korzystając z okazji, chciałbym naprawdę gorąco podziekować mojemu Słoneczku, które jest ze mną tutaj, dzielnie wspiera mnie w każdym dniu dodając promieni i wnosząc radość do mojego życia :-) .
Moim rodzicom którzy zawsze mnie wspierali i wierzyli we mnie, nawet w okresie kiedy we mnie wiara upadła :-) .
Adamowi, Mirce i Kali, bez nich prawdopodobnie by nas tu nie było :-) .
Wszystkim znajomym na miejscu, dzięki którym jest z kim się spotkać, pogadać i spędzić czas w miłym towarzystwie.
Wszystkim znajomym których zostawiłem w Polsce, a którzy nadal utrzymują ze mną kontakt. Bardzo sie cieszę że nie zapominacie o mnie (i co ciekawe coraz więcej osób do mnie piszę, mówiąc że znaleźli mój blog i co tak u mnie słychać? :-) ; miłe, wiadomo że nie pisze tych rzeczy tylko dla siebie).

Kolejne podsumowanie za pół roku. Wtedy minie rok od czasu jak tu przyjechałem. Biorąc pod uwagę dynamike z jaką zmieniało się moje życie w ostatnich misiącach, nie chcę snuć żadnych prognoz, bo kto wie – może moje życie znowu sie przewróci o 180” i wyląduje jeszcze gdzieś w Ameryce czy Australii :-) .

7 Responses to “pól roku”

  1. Magda says:

    Wzruszające … :)

  2. Przemek says:

    Bartku, ja z moja Ola podjelismy podobna decyzje jak wiesz i to w zasadzie w tym samym czasie….. Krakowa do Londynu nie porownuje, ale widze wiele podobienstw tak czy owak. Pracuje w korporacji prawie 600 osobowej, ktora zatrudnia 9 tys. osob (lacznie). Procesy, struktury itd sa takie same w Polsce jak w USA, wiec zestawiajac to z firma w jakiej pracowalismy to jest tak czy owak “kosmos”. Wymaga sie ode mnie znacznie wiecej, ale i wiele wiecej sie dostaje od firmy. Kariera, mozliwosci, kasa, ale tempo inne, czasu dla siebie mniej – to oczywiste. Ciezko mi ocenic to dzis, ale ten trud chyba mi sie podoba.
    To troche tak jak z samochodami…. Kazdy kolejny jest lepszy :) ))

  3. sihaja says:

    Racja…wzruszające…aż do łez :-)

  4. Uka says:

    Nic nie mówię, nie komentuję… rozpłakałam się.
    Trzymajcie się :)
    Mama.

  5. dasia says:

    dopiero teraz mialam chwilke czasu zeby poczytac…no i brak mi slow kuzynku…jestem pod wrazeniem :)

  6. bartek says:

    Dzięki, dzięki wszystkim za komentarze :-) . Nie myślałem że aż tyle tego będzie.

    Przemku, Kraków czy Londyn, co za różnica – państwo w państwie :-) .

    dasia: co Ci odebrało słowa, kyzynko :-) ??

    Ja nie wiem, chciałem napisać po prostu takiego zwykłego, podsumowującego posta :-)

  7. mrman says:

    Dzięki za opisanie swoich przemyśleń. Czasem mieszkając w Warszawie mam podobne.

Leave a Reply

(required)

(required)