Jestem już tutaj trochę czasu, i nie raz miałem problemy z dogadaniem się z innymi ludźmi. Począwszy od jakiś zwyczajnych sklepów a na infoliniach skończywszy. Np. sytuacja z wczoraj…

ja: excuse me, can you tell me please, where can I find thermal bags?
obsługa tesco: what?
ja: thermal bag, a bag that will keep temperature inside… so I can transport ice or fish…
obsługa tesco: aaa ok, come with me…

i prowdzi mnie do lodu…

drugi raz przy kasie…

ja: …and a thermal bag please…
kasjerka: sorry?
ja: thermal bag, I want to buy thermal bag, have you got it?
kasjerka: ah yes of course, we’ve got bags…

i pokazuje mi jednorazówki…

Oczywiście to tylko jedna przykładowa sytuacja, ale człowiek który tu przyjedzie, i go nie rozumieją myśli sobie – kurde, mój angielski jest do d*py.
Ja też tak myślałem.
Jednak od jakiegoś czasu zaczynam się zastanawiać czy to mój angielski jest problemem, czy może ich…

Jestem ogromnym fanem kurczaków :-) . W sensie zjadania ich oczywiście.
Mógłbym jeść je miesiącami, dzień po dniu (co zresztą teraz robie ;-) ). W polsce, jedne z najlepszych kurczaków jakie jadałem, były w KFC przy rondzie uniwersyteckim (tym na przeciwko salonu opla Bogackiego). Inne restauracje KFC w szczecinie, nawet nie równały się. Albo cola była rozcieńczona, albo kurczak zimny, czy też za dużo sosu… Ale tam, kurczaki zawsze były duże, świeże i gorące. A cola – mniam… lepszej nie piłem.

W każdym razie, nie to żebym jadł tam codziennie, ale 2-3 razy w tygodniu było obowiązkowo . Z reguły wstępowaliśmy tam po drodze z basenu :-) . Takiego już pecha mieliśmy że obok przejeżdżaliśmy, i serduszko nam sie tak rwało, że po prostu musieliśmy, tym bardziej że wieczorem koło 22:30, prawie nikogo tam nie było. Można było zjeść w spokoju i ciszy :-) (i w ten sposób regenerowaliśmy kalorie które spaliliśmy :-) ).

Wczoraj, będąc w Asdzie zobaczyłem KFC. Byłem już kilka razy, ale było tak ochydne że nawet nie dokończyłem. Pomyślałem, ach – spróbuje, co mi tam… No i po raz kolejny się rozczarowałem.

Począwszy od tego że miałem problemy z zamówieniem (ja już nie wiem, ale zaczynam wierzyć w to że to nie mój angielski jest problemem, ale innych ludzi), to Zinger był po prostu paskudny. Kurczak w nim smakował gorzej jak kotlet który wkładają w Polsce do hamburgerów za 2 zeta. Twardy, niezbyt świeży, jakby odgrzany kilka razy w mikrofali… paskuda…
Frytki były znośne, ale to nie to co w Polsce (jejku, nie myślałem że kiedykolwiek to powiem :-) ).

Jak tylko przyjechałem do Anglii, jeszcze w Milton próbowałem innych kurczaków w KFC. Kupiliśmy wtedy Bargain Bucket za ponad £12, który miał w sobie kupe kurczaków, ale co z tego że były po prostu nie dobre… Począwszy od tego, że nie mają tutaj ostrych kurczaków, a skończywszy na tym że były tak oblane tłuszczem że aż obleśne.

Nie wiem – może się czepiam, ale w Polsce było dobre a tu nie jest! Pozatym nie jestem sam -> Ola, Adam, Mirka….

W związku z tym wszystkim, oficjalnie na łamach swojego bloga pragne wyrazić moje głębioke rozczarowanie i zażenowanie tutejszym stanem restauracji KFC!
Nie mam zamiaru więcej probować tutaj KFC!
Jest po prostu nie dobre!
Fani KFC – nie jedzcie tutaj!

Ostatnio nie ma nowych wpisów. Jakoś nie mam weny, ani ochoty pisać.
Chyba przez pogodę, która ostatnio jest po prostu paskudna. Ciągle chmury, i pada. Ile tak można? Jeżeli taka będzie cała jesień, to nie wiem co ja zrobie – chyba na jakieś wakacje gdzieś na jakieś wyspy będe musiał jechać ;-) .

Pozatym nic nowego się nie dzieje.

W weekend oglądałem kilka nowych filmów, m.in. Ultimatum Bourne’a. Film po prostu świetny, oglądałem poprzednie dwa i bardzo czekałem na nową część. Jest naprawdę świetna. Non-stop akcja. Gorąco polecam!

Troszkę późno ta notka, i nie aktualna, ale wyprawa była niczego sobie więc pomyślałem że warto ją opisać.
W zeszły weekend, w niedziele żeby być dokładnym, wybraliśmy się z Adamem i Mirką nad morze :-) (w sumie nie wiem czy to morze, czy ocean; zatoka połączona z kanałem La-Manche – nie wiem czy tak to się pisze).
I to nie byle gdzie – Bournemouth jest jednym z najładniejszych, jeżeli nie najładniejszym kurortem w Anglii (takie opinie krążą wśród moich znajomych z pracy, i nie tylko).

No więc pobudka rano o 6:40 (po naprawdę długiej, i ciężkiej nocy ;-) – nie pytajcie :-) ), wyjazd ze stacji o 7:30 na Uxbridge, najbardziej wysunięta na zachód stację metra skąd miał nas zabrać kuzyn. Oczywiście jak co weekend, połowa metra była zamnięta ze względu na lokalne pracę, więc podróż się trochę wydłużyła.
No ale o 9:30 już byliśmy na miejscu (tzn. dalej w Londynie tylko po drugiej stronie), i czekaliśmy na transport ;-) .
Następnie jakieś 2h drogi. Zeszło by szybciej tyle że przed samym wjazdem do Bournemouth był całkiem niezły tłok, przez który musieliśmy się przebić. Jak się okazało spowodowany był wypadkiem. Kurde – pomyślałem – taki tłok to ja nie wiem chyba musi sie palić i całkiem niezły karambol być. Jakieś 2 km dalej okazało się że po prostu jedno auto stuknęło drugie :-) . I przez to był korek na 5.000 samochodów. Świetnie.
Koło 11:30 dojechaliśmy na miejsce, zaparkowaliśmy na gigantycznym parkingu, i ruszyliśmy w stronę wody :-) (jak się potem okazało szliśmy równolegle do plaży dziwiąc się że ona tak daleko, no ale pzrynajmniej troche miasta zobaczyliśmy).
Miasto takie sobie, wiekszość budynków to obskurne rudery, nie ma o czym opowiadać – nie chciałbym tam mieszkać.
No ale plaże to co innego :-) . Przede wszystkim woda, bo w końcu to dla niej tam pojechaliśmy. Nareszcie zobaczyłem prawdziwą, czystą wodę. Taką która przy brzegu jest jasno błękitna, i widać dno, a im dalej tym bardziej ciemno-niebieska. Taak – woda była naprawde świetna :-) . Szczególnie widom z góry był świetny.
Oprócz tego to co się rzuciło w oczy to zejście na plaże. Byly schody, minidroga dla wózków, rolkarzy, deskorolkarzy i niepełnosprawnych a nawet kolejka która z góry na dól kursowała i woziła ludzi (tych którzy nie mogli zejść i którzy byli leniwi :-) ). No i toalety. Ja wiem że się jest nad morzem itd. tylko u nas żeby iść do toalety to trzeba było kawałek się przejść. Często powodowało to odruch zwierzęcy, tzn. np. dziecku się chce siku, tatuś kopie dołek, dziecko wdziecznie robi w ten dołek i tatuś zasypuje dołek. Potem ktoś sobie kopie dołek bo chce się zasypać i… :-)
Tak więc były toalety, i to naprawde dużo, blisko plaży i darmowych. Znacznie bardziej komfortowo się człowiek czuł a i jakoś pewniej wchodziło sie do wody :-) .

Sama woda, zupełnie inaczej się zachowywała niż ta w której miałem się kapać w Polsce.
Smak – była tak słona że jak pierwszy raz wskoczyłem, to myślałem że się porzygam :-) . Jak wychodziłem z wody i poleżałem troche na słońcu to sól po prostu wysychała i przechodziła w stan stały na mojej skórze, tak że jak pocierałem ręke to tak delikatnie się pruszyła – szok :-) .
Fale – wielkości 1.5m a czasem więcej – fajnie :-) . Człowiek sobie stoi po pas, magle płynie na niego fala tak ponad metr nad jego głowę. I trzeba walczyć o przeżycie :-) .
Oprócz tego woda po prostu wciągała. Jak szła fala, to tak jakby ciągnęło w stronę wody za nogi. Dziwne uczucie i niezbyt bezpieczne gdyż najpierw dostajesz chaka, lecisz na plecy a potem fala cię dobija :-) . Ola coś o tym wie – dzielnie walczyła z 3 falami. W połączeniu z kamieniami które leżały na dnie przy brzegu, skończyło się naszczęscie kilkoma siniakami i podrapaniami.
No i na koniec temperatura, woda była całkiem ciepła. Ale myślę że to dlatego że to zatoka.

Oczywiście plaży było kilka. Dla psów, dla ludzi, dla ludzi z psami itp. :-) .

Później pojechaliśmy do oceanarium (dobrze że mieliśmy gps’a tylko szkoda że wyłączył się 300m od celu :-) pozostawiając nas na pstawe losu). Wejście niezbyt drogie, ale nic specjalnego w środku. Małe rekiny, piranie i wszędzie pływające płaszczki. Lipa :-) . W porównaniu do London Aquarium, nic specjalnego (gdzie np. był ponad 2m rekin :-) ).

No i doszliśmy do powrotu, który zaczął się tym że był na wyjeździe z Bournemouth tłok z powodu wypadku. Przez półtorej godziny zrobiliśmy ok. 1 km :-( . Potem było troche lepiej, chociaż jeszcze chyba dwa albo trzy razy zwalnialiśmy ze względu na wypadki. Przez to wszystko mieliśmy troche opóźnienia, i baliśmy się że nie będziemy mieli jak dojechać do mieszkania :-) . Na Uxbridge byliśmy ok. 23:20. Wsiedliśmy w metro, które jechało tylko do Baker Street. Tam znowu wskoczyliśmy w pierwszy pociąg circle, i na Liverpool Street byliśmy około 00:15 :-( . No i Pan łaskawie nam powiedział że to był ostatni pociąg z tej platformy. Złapaliśmy autobus do Mile End, i piechotą szliśmy do mieszkania. Łącznie byliśmy na miejscu jakoś o 1:40 w nocy.

Ale było naprawde fajnie. Złapałem taką opalenizne, że jeszcze ją czuje :-) . No i zobaczylismy kawałek Anglii. Musimy częściej wybierać się w podobne podróże.

Jeżeli ktoś szuka fajnej plaży, naprawde polecam Bournemouth ale nie polecam podróży samochodem bo przez tłoki jest po prostu horror. Lepiej jechać pociągiem, ktory kosztuje niestety £70 z Londynu :-( . No ale coś za coś.

Jestem zapalonym fanem FreeBSD. Ale od czasu do czasu, administrując tym systemem trafiam na tak upierdliwe szczegóły że po prostu krew mnie zalewa :-) . Tak jak np. dzisiaj.
Chciałem zrobić prostą rzecz, mianowicie miałem kilkudziesięciu userów na serwerze, którzy mieli stronki www i chciałem odizolować ich katalogi domowe od siebie, tak żeby sprytnymi skryptami php nie podglądali sobie nawzajem zawartości swoich home’ów.
No więc suphp, działa – świetnie. A teraz dodamy apache jakos członka każdej grupy usera i nadamy prawa 750/640 dla katalogów/plików. Tyle tylko że domyślny limit w FreeBSD na ilość grup których user może być członkiem jest 16.

# sysctl -a | grep ngroup
kern.ngroups: 16

Parametr kernela, czyli prawdopodobnie na działającym systemie nic nie zmienie, ok wrzucam w takim razie ustawienie do boot loader’a. Reboot. No i zonk.

# sysctl -a | grep ngroup
kern.ngroups: 16

Troche pogooglałem, i znalazłem zgłoszenie problemu, i krótkie wyjaśnienie o co chodzi w postaci linka do posta z 2003 roku!
Ok już wszystko jasne, trzeba… przekompilować najpierw system a potem praktycznie całe oprogramowanie. Świetnie.
Jakoś w Linuxie sobie z tym poradzili. I działa i nfs i samba bez problemów. Domyślnie parametr ten ma wartość 65536. Czemu nie poprawili tego w FreeBSD?
System jest naprawde fajny, ale czasami mnie rozczarowywuje.

No nic – zabieram sie do rekompilacji…

W weekend była wyjątkowo piękna pogoda, która zaskoczyła chyba wszystkich :-) . Pierwszy weekend od nie pamiętam kiedy, jak nie padało. Niebieskie niebo, bardzo dobra widoczność, pomyśleliśmy że warto by było iść na London Eye. Z góry w taki dzień widać by było chyba cały Londyn.
No więc spakowaliśmy się i wyruszyliśmy. Już na samym Westminister zdziwiła nas ogromna liczba ludzi. Żeby przejść przez sam most na drugą stronę potrzebowaliśmy chyba z 10 minut, gdzie normalnie idzie się góra trzy minuty. Straszny tłok. Już z daleka czułem, że do London Eye musi być gigantyczna kolejka :-) . No ale postanowiliśmy iśc dalej, by się upewnić… nagle z boku zobaczyłem 4 żołnierzy imperium stojących na podeście :-) – myślę o co chodzi?
Za chwile rozejrzałem się i zobaczyłem że praktycznie wszędzie są kierunkowskazy i reklamy wystawy Star-Wars. No i ja jako wierny fan Gwiezdnych Wojen (już od dziecka :-) ) nie mogłem przepuścić takiej okazji. Poszliśmy jeszcze do samego London Eye, żeby zobaczyć tą giigantyczną kolejkę, ale już pod nosem nuciłem sobie piosenke z Gwiezdnych Wojen, i myślami byłem na wystawie :-) .
No a że kolejka okazała się naprawde duża, no to co zrobić? Przecież nie wrócimy tak po prostu do domu :-) – idziemy :-D .

Już przy samym wejściu można było spotkać rycerzy Jedi :-) którzy sprzedawali bilety (które nie były ani specjalnie tanie, ani specjalnie drogie – £16.50). Oprócz biletów mieli miecze świetlne, które bardzo mnie interesowały, i gdyby nie fakt że ta zabawka kosztowała £70 to z chęcia bym sobie kupił.
Po wejściu na teren wystawy, od razu zaczepiła nas księżniczka Leia, z zapytaniem czy reflektujemy na szkołe Jedi :-) . Kurde, no pewnie. Dostaliśmy bilety i zaczeliśmy zwiedziać :-) . Było mnóstwo statkow, w rozmiarach 1:1! Można było zobaczyć jak wyglądał ‘bolid’ którym mały Anakin ścigał się w pierwszej części Gwiezdnych Wojen. Statki kosmiczne. Makiety baz, łącznie z Gwiazdą Śmierci. Makiety budynków Naboo, Tatooine. Mnóstwo manekinów, począwszy od Gungan a na Darth Vaderze skńczywszy. A wogóle to nawet miałem okazje przejść koło niego, bo ciągle w korytarzach kręcili się to rycerze Jedi, to żołnierze imperium, to Darth Vader :-) .
Fajny klimat.
Był niebieski ekran, na który bardzo chciałem iść, ale jak to zwykle bywa, kolejka do najlepszych rzeczy jest największa. Tak więc sobie odpuściłem, ale idea mi się bardzo podobała. Wchodziło się przed niebieskie tło, i jakaś Jedi’jka :-) uczyła cię podstawowych machnięć mieczem świetlnym. Natomiast na monitorze w czasie rzeczywistym wszystko było obrabiane, i osoba machająca mieczem była wkładana w film, a dokładniej scene walki treningowej które obserwuje Master Yoda :-) . Świetna sprawa mieć taki filmik.
Sama szkoła Jedi była przeznaczona raczej dla dzieci, ale też miałem niezły ubaw. Bylo to w formie przedstawienia, które zaczęło się opowieścią że nadeszły ciemne czasy dla Rebelii, i poszukiwania są młodzi, silni, zdeterminowani padawani którzy gotowi są poświecić swoje życie w walce przeciwko imperium. Wybranych zostało 6 młodzieńców, no i na początku uczyli sie machać miniaturkowymi mieczami. Potem nagle pojawił się Lord Sith :-) , Darth Vader, z którym po kolei walczyliśmy :-) .

Ogólnie bardzo mi się podobało, dzięki Oli mam kupe zdjęć które w najbliższym czasie wrzuce na flickr’a.
A wszystkim fanom Star Wars naprawde polecam to wystawę. Świetnie jest zobaczyć to wszystko o czym się czytało, nie tylko na filmie, ale także na własne oczy :-) .

2 lutego 2007 – godzina 17:15… a dzisiaj – no w sumie nie dzisiaj :-) , dwa dni temu – 2 sierpnia 2007. Minęło już pół roku, od czasu jak wyjechałem z mojego rodzinnego kraju, zostawiając swóją rodzinę, znajomych, pracę, zwierzęta, a swój dorobek życia miniaturyzując do bagażu podróżnego 20kg :-) . Czas na jakieś podsumowanie.

Pamiętam to jakby było wczoraj – lądowanie – zamieszanie na lotnisku, gdyż miał po nas przyjechać kuzyn który zapomniał komórki :-) . A my do niego próbowaliśmy dzwonić, oczywiście bez skutku, i o ile lotnisko w Luton nie jest duże, to nie jest tak łatwo się tam znaleźć.
Później pierwsze starcia z szarą – angielską – rzeczywistościa, jak np. próba podróży autobusem po Milton do centrum (która zakończyła się 45 minutowym spacerem do centrum), które po prostu jeżdża każdy wg. własnych zasad :-) . Poszukiwania pracy, smak pierwszej kawy w costa :-D . Niezapomniane walentynki – wtajemniczeni wiedzą o co chodzi :-) . Wyjazd do Londynu na poszukiwanie pracy (to co mi utkwiło w pamięci z tego wyjazdu, to moment w jakim wszedłem do stacji metra na euston, i poczułem ten specyficzny zapach w metrach – ci którzy jeździli wiedzą o czym mówie), szybkojeżdżące pociągi, rozmowa, telefon ze Squiz z informacją że dostałem pracę, radość :-) , następnie ponad 3 tygodnie czekanie na rozpoczęcie pracy.
Mecze w Fife z kuzynem, zmywanie naczyń w zlewie z którego leci woda lodowata i wrzątek :-) .
Następnie poszukiwania mieszkania nie posiadając referencji, konta bankowego, stres z tym związany i wielokrotne wyjazdy do Londynu…
Ach – łezka się kręci ;-) .
Nie wiem czemu, ale mam wrażenie że ten czas jak byliśmy w Milton, jak szukałem pracy, jak potem czekałem na jej rozpoczęcie, aż do wyprowadzki, trwał więcej niż mój łączny pobyt tutaj.
Następnie przeprowadzka, znowu wszystko nowe. Pierwsze dni pracy, starcia z indyjską obsługą BT :-) w celu zamówienia internetu. Fascynacja nową atmosferą w pracy, zwiedzanie Londynu. Nowy tryb życia (praca-weekend).
Trochę tego jest.

Ale zacznę od początku – dlaczego wogóle wyjechałem?
W polsce miałem dobrą pracę, a nawet 3 :-) . Rodzinę, znajomych, samochód… Pracowałem po 12h dziennie… ups :-) – no właśnie. Fajnie było, nie brakowało niczego właśnie dlatego że człowiek większość dnia pracował. Wracał do domu, trochę pracy, na basen/zakupy/spacer, potem do poduszki jeszcze trochę pracy – ile tak można? Pozatym – wiadomo, kążdy kiedyś chciałby mieć potomstwo ;-) i mimo iż mój czas jeszcze nie przyszedł to pomyślałem sobie – zaraz, przecież ja nie będe miał czasu żeby nawet pobawić się z moim dzieckiem bo cały dzień będe musiał pracować. Miałem ledwo skończone 24 lata. Pomyśleliśmy że teraz jeszcze możemy pozwolić sobie na eksperyment i spróbować wyjechać. Tym bardziej że kuzyn mieszkający w Milton Keynes powiedział że z przyjemnością nas przyjmie. Będziemy mogli poszukać sobie pracy pare tygodni, jeżeli znajdziemy to super – zostajemy, jeżeli nie – to potraktujemy ten czas jako wakacje. Myślę że mało kto kiedykolwiek myślący o wyjeździe, nie zdecydowałby się.
Wiem jak to jest przyjechać do Londynu, i zostać o godzinie 5pm bez mieszkania z walizkami w południowym Londynie (okolice Tooting Bec) po nieprzespanych 18h, i wiem jak dużym luksusem jest sytuacja kiedy przyjeżdżasz na pewne. Masz mieszkanie, masz znajomych, czeka na Ciebie pyszny obiad :-) .
No i stało się, kupiliśmy bilety, i powoli zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu, by 2 lutego opuścić nasz ‘ukochany’ kraj.

Pierwszego miesiąca pobytu tutaj wogóle nie odczułem. Może inaczej. Milton jest miejscem bardzo spokojnym, zielonym, luźnym… Niemalże jak taka większa Żabnica tylko w Anglii. Dlatego pobyt tam był naprawdę miły, przyjemny i spokojny a czas leeeeciał :-) .
Jednak po pierwszych poszukiwaniach pracy doszedłem do wniosku, że kariere w zawodzie będzie tam ciężko zrobić, i zacząłem szukać pracy w Londynie (gdyż Milton to tylko ok. 100km od Londynu; 35 min pociągiem :-) ).
Po tym jak dostałem pracę zaczeliśmy myśleć o przeprowadzce, gdyż dojeżdżanie nie miało sensu – jakieś £500-£600 miesięcznie + czas który poświęcałbym na dojazdy. Wychodził bym z domu o 6:30 wracał ok. 20. Przerypane.
No więc szybkie szukania mieszkania, duży fart gdyż dostaliśmy 2 bedroom 2 bathroom w nowym budownictwie zupełnie bez żadnych referencji. Musieliśmy ‘tylko’ wyłożyc £3.200 :-) – depozyt + miesiąc mieszkania + opłaty administracyjne dla agencji.
Do dzisiaj pamiętam obawy że mogą nas oszukać, ale jak widać były to tylko uprzedzenia przywiezione z Polski. Gdzie każdy rodak patrzy tylko jak drugiego wykiwać (no może uogólniam tutaj trochę, ale mimo wszystko uprzedzenia były z Polski :-) )…

Po przeprowadzce był najgorszy dla mnie okres jak tutaj jestem. Pierwsze dwa – trzy tygodnie. Przez wielu, a także przeze mnie, wspaniały Londyn okazał się zatłoczonym, brudnym, głośnym miastem do którego po prostu nie mogłem się przyzwyczaić. Myślę że to dlatego że jestem ze wsi :-) gdzie zawsze miałem swoje podwórko (fakt że w szczecinie nie było go, ale jak bardzo chciałem zawsze mogłem pojechać do domu gdzie czekała na mnie trawka, drzewka i mój pokój; teraz jest to troche trudniejsze ;-) ).
No więc rano chodziłem do pracy, jechałem maksymalnie zatłoczonym pociągiem linii Central Line, w którym jest duszno, tłoczno i strasznie głośno. Wychodząc na Liverpool Street czułem się jak po trzęsieniu ziemii. Potem 8.5h w pracy. 7.5h pracy i reszta wolnego. Praca specjalnie nie męcząca, ale fakt że wraca się – znowu głośnym pociągiem do domu – o 6:10pm, zje się, wypije coś, chwile odpocznie i jest 8-9pm po prostu mnie dołował. Gdzie czas dla siebie, żeby gdzieś pójść, coś kupić, pozwiedzać. Przeciez tutaj już zaraz trzeba iść spać żeby się wyspać. I ten ciągły hałas – mieszkamy 150m od autostrady.
Wtedy zacząłem się zastanawiać – po co mi to wszystko było – nie lepiej było zostać tam – gdzie mi było dobrze? Gdzie miałem rodzinę, znajomych, pracę…

Teraz jest już znacznie lepiej, do hałasu i tłoku się po prostu przyzwyczaiłem. Nie przeszkadzają mi już tak bardzo, a jak jest bardzo źle, to idziemy na jakiś spacer w mało ruchliwe miejsce jak Greenwhich Park, albo na docklands. Do pracy jeżdżę inna linią – Hammersmith & City, która nie jest tak szybka jak Central Line, ale nie ma nigdy w niej tłoku, nie jest duszno, mogę sobie usiąść i poczytać 20 min. w spokoju książkę. Czasami aż żałuje że już muszę wysiadać, bo doczytam jakiś fajny moment a tu muszę nagle przerwać :-) . Z pracą, tutaj po prostu tak jest, ludzie żyją pracą. Kończy się praca, z reguły idą do pub’u, potem do domu i spać. Rano znowu trzeba wstać i do pracy iść. Kiedyś przeczytałem na jakimś blogu, że u nich najpopularniejszą trasą jest trasa – praca – pub i pub – praca :-) . Muszę przyznać że jest w tym dużo prawdy. Dalej wracam późno, ale powoli zaczynam sobie to wszystko porządkować, zaczeliśmy biegać i zamierzamy zacząć chodzić na basen. Tylko najpierw musimy go znaleźć, bo wiekszość to baseny dla dzieci, tj. mają od 0.8m do 1.8m głębokości :-) . Można sobie kolana poździerać…
Londyn jest miastem które potrafi być meczące i trudne, ale jednocześnie ma bardzo wiele do zaoferowania. Darmowe muzea, parki, niepowarzalni ludzie… W miare jak tu mieszkam, coraz bardziej mi się podoba.

Tak więc reasumując, na dzień dzisiejszy jestem naprawde zadowolony z decyzji która podjeliśmy wraz z Olą 8 miesięcy temu. Nie ma co ukrywać, mieliśmy dużo szczęścia, jak np. z pracą, czy z mieszkaniem, jednak bardzo dużo zawdzięczamy też naszej rodzinie, znajomym, bez których naprawdę ciężko by nam było.
I tak, korzystając z okazji, chciałbym naprawdę gorąco podziekować mojemu Słoneczku, które jest ze mną tutaj, dzielnie wspiera mnie w każdym dniu dodając promieni i wnosząc radość do mojego życia :-) .
Moim rodzicom którzy zawsze mnie wspierali i wierzyli we mnie, nawet w okresie kiedy we mnie wiara upadła :-) .
Adamowi, Mirce i Kali, bez nich prawdopodobnie by nas tu nie było :-) .
Wszystkim znajomym na miejscu, dzięki którym jest z kim się spotkać, pogadać i spędzić czas w miłym towarzystwie.
Wszystkim znajomym których zostawiłem w Polsce, a którzy nadal utrzymują ze mną kontakt. Bardzo sie cieszę że nie zapominacie o mnie (i co ciekawe coraz więcej osób do mnie piszę, mówiąc że znaleźli mój blog i co tak u mnie słychać? :-) ; miłe, wiadomo że nie pisze tych rzeczy tylko dla siebie).

Kolejne podsumowanie za pół roku. Wtedy minie rok od czasu jak tu przyjechałem. Biorąc pod uwagę dynamike z jaką zmieniało się moje życie w ostatnich misiącach, nie chcę snuć żadnych prognoz, bo kto wie – może moje życie znowu sie przewróci o 180” i wyląduje jeszcze gdzieś w Ameryce czy Australii :-) .

Dopiero co czytałem, i sam doświadczyłem spamu w pdf’ach, a już spamerzy wymyślili nowy sposób spamowania – spam w plikach .xls – czyli arkuszach kalkulacyjnych. O ile jeszcze takiego nie dostałem, to jest to o tyle niepokojące, że spamerzy przerzucają się na kolejny metody spamowania, jeszcze przed tym jak zostanie wymyślona/opracowana konkretna i skuteczna metoda zwalczania poprzedniej.
Inna sprawa żę spam w arkuszach kalkulacyjnych może być podwójnie niebezpieczny – w końcu można w arkusz wszczepić sprytne makro – trojana/wirusa. Użytkownik uruchomi plik, pomyśli – spam, skasuje nie świadom tego że złośliwy kawałek kodu już zdążył się zagnieździć w jego komputerze.
Także – bądzcie czujni! :-)