Jakiś czas temu, w mojej skrzynce znalazł się dokument, który wydał mi się spamem. Zawierał w sobie tylko załącznik – dokument .pdf w którym oczywiście była super oferta powiększenia moich narządów
. No cóż, jako że nie byłem specjalnie zainteresowany, przeniosłem dokument do folderu spam, a fakt że znajdowało się to w pdf’ie potraktowałem jako ciekawostke. Chociaż tak sobie pomyślałem, że co to będzie jak zaczną spamować w pdf’ach na większą skale… Większość serwerów jest wręcz konfigurowana tak, aby pdf’y przepuszczać.
Dzisiaj podczas lunch-time’u czytałem sobie prasówke, i z tego co wyczytałem, tempo w jakim rośnie udział spamu w postaci dokumentów .pdf jest przerażające. Pod koniec czerwca było to ok. 3-4%, w lipcu już 8%. Pamiętam jak było ze spamem obrazkowym. Jak na początku, puki nie było narzędzi do walki z nim, był męczący. Ale pamiętam też że tempo w jakim się pojawiał nie było tak dynamiczne.
Puki co, ilość nowego typu spamu nie męczy mnie specjalnie – na razie dostałem 1 wiadomość, ale myślę że to zasługa wspaniałego trio – razor2 + pyzor + dcc które tną ostro spam jak popadnie
. Ale biorąc pod uwagę tempo przyrostu procentu spamu pdf’owego, profilaktycznie pogooglałem troszkę. No i najgorsze jest to, że puki co nie znalazłem jakiegoś skutecznego, i konkretnego rozwiązania. Wyczytałem coś o pluginie PDFinfo do spamassassin’a który niby ma pomóc, ale odnośnik do strony domowej nie działa. Oprócz tego, nie znalazłem więcej nic ciekawego.
No ale jestem dobrej myśli, i wierze że chłopaki szybko coś nasmarują i będe mógł po prostu doinstalować plugin do walki ze spamem w pdf’ach, tak jak to zrobiłem w przypadku spamu obrazkowego
.
No i znowu synoptycy się pomylili, z tą różnicą że tym razem na naszą korzyść. Dzisiejsza niedziela była naprawdę piękna! ![]()
Nareszcie troche słońca w Londynie.
Wybraliśmy się do Greenwhich. Byłem tam już 2 lata temu, ale pamiętam że miejsce bardzo mi się podobało, więc czemu nie odwiedzić go znowu, tym bardziej że mamy tam dosłownie 20 minut DLR i chyba po tym 10 minut piechotą. Park jest naprawde uroczy, a muzeo-obserwatorium bardzo fajne. Zabrałem ze sobą aparat, i co prawda przez 80% czasu to nie ja nim robiłem zdjęcia, udało mi się zrobić jedno, które tak mi się podoba, aż chcem się nim podzielić
.

Oprócz tego Ola zrobiła kilka naprawdę fajnych zdjęć jak np. tą wiewiórkę.

Swoją drogą dalej nie mogę się przyzwyczaić, że zwierzęta takie jak wiewiórki biegają tutaj po parkach w najlepsze. W polsce widziałem je naprawdę rzadko, a tutaj nie dość że jest ich od groma, to można nawet je pokarmić, a jak człowiek jest odważny to zaciągnąć na swoją nogę i wtedy dać orzeszka!
. Akurat te nie były tak mocno oswojone, ale w Hyde Park’u są takie bo już to robiłem
. W najbliższym czasie się tam wybierzemy i jak się uda, wkleje fotki
.
Było też mini wesołe miasteczko…

…gdzie mnie nie wpuścili
…

Swoją drogą #2
to za to właśnie kocham mojego D70. Jak się już nauczysz go obsługiwać, to odwdzięczy Ci się rewelacyjnymi zdjęciami.
I na koniec, 2 zdjęcia z Olą-fotografem (te już nie robione D70, ale to od razu widać )
.


Udany dzień
.
Witam serdecznie wszystkich smakoszy w nowym kąciku kulinarnym na moim blogu pt. gotowanie z Bartkiem! ![]()
Jeszcze tytułem krótkiego wstępu do nowego kącika, to jak sama nazwa mówi będzie on związany z gotowaniem potraw. Potraw, które może nie są nowościa, ale które ja lubie, i potrafie zrobić, choć podczas sesji zdjęciowych potrawy przyrządzane są przez kogoś innego (no bo jak naraz mógłbym robić zdjęcia i gotować).
OK – a teraz do rzeczy
.
Potrawa nie jest ani trudna, jej przygotowanie nie jest czasochłonne a składniki tanie. Oprócz tego jest zdrowa i cholernie smaczna
. Jak ją poznałem? Ano jak przyjechałem do Anglii, przez pierwszy miesiąc mieszkałem u kuzyna w Milton Keynes (korzystając z okazji serdeczne pozdrowienia dla Adama, Mirki i Kali
). I tam widziałem raz jak kuzyn jadł tortille, ale się jakoś nie skusiłem, za drugim razem dostałem kawałek i się po prostu zakochałem.
Co będzie nam potrzebne? Na początek dwa zdjęcia.


No więc:
- placki na tortille
. W tesco są po chyba £0.90. - sos do warzyw – można go także zrobić samemu, ale jest dużo roboty, i nie jest to proste, a gotowiec jest całkiem dobry i tani
- piersi z kurczaka (moja ulubiona potrawa
), w naszym przypadku jedna, duża pierś jest w zupełności wystarczająca - cebula – nam starcza pół główki, jako ze Ola nie lubi tortilli z cebulą
- kapusta pekińska (w Anglii znajdziemy ją pod nazwą sałata chińska)
- papryka – może być żółta, czerwona, zielona – kto co lubi
- pomidorek
- ogórek – może też być kiszony jeżeli ktoś lubi
Do tego troche przypraw, patelnia, troche oleju i chęci. No więc do roboty
.
Krok pierwszy – krojenie i przygotowanie składników.
Pierś/i z kurczaka kroimi w małe kawałeczki – u mnie na zdjęciu są już pokrojone. Trzeba zwrócić uwagę na wielkość kawałkow żeby nie były czasami za małe, bo potem będą uciekały między zębami
. Kroimi resztę warzyw tak jak na zdjęciu
.
Krok drugi – smażywy kurczaka.
Nalewamy oleju (nie za dużo, żeby potem kurczak nie obciekał tłuszczem) na patelnie i wrzucamy na ruszt kurczaczka.

Dodajemy przypraw, tak jak kto woli (ja np. preferuje sól, pieprz, papryka, papryka ostra, bądź czasami np. pyszną przyprawe gyros – pozdrowienia dla Milton
, lub trochę przyprawy czosnkowej) i smażymy.
Jak już kurczaczek osiągnie kolor złocisty (czyli będzie upieczony), kończymy etap pieczenia kurczaka i przechodzimy do kolejnego kroku
.

Krok trzeci – nakładanie składników na placki.
To juz przedostatni, ale i bardzo ważny krok. Na początku najlepiej wrzucić placki do mikrofalówki na jakies 10-12 sekund. Dzięki temu staną się bardziej miękkie i łatwiem będzie je potem składać. Po tym smarujemy placki sosem, tak jak to robią ręce Oli na zdjęciu
.

Nie przesadzamy z ilościa sosu, bo jego smak jest dość intensywny – damy za dużo – będzie po prostu nie dobre.
Następnie kładziemy troche kapusty.

Jak już mamy ładnie przygotowane podłoże (ułożone gniazdko
), możemy wrzucić nasze starannie upieczone, pyszne, wspaniałe kurczaczki
. Tutaj z ilością jak kto woli – ja preferuje duuuużo.

Mniaaaam…

Dorzucamy resztę warzywek, musimy pamiętać żeby nie przesadzić z ilością, bo nie da się potem zamknąć placka
.

Już prawie koniec, nasza tortilla wygląda tak…

Teraz możemy przejść do ostatniego, i najtrudniejszego kroku.
Krok czwarty – składamy tortille.
Jest to ostatni krok przyrządzania tortilli, i jednocześnie najtrudniejszy. Może się bowiem zdarzyć że placek pęknie, lub jeżeli nałożyliśmy za dużo warzyw, nie będzie chciał się ładnie dać złożyć.
No to jedziemy…
Łapiemy za dół placka, i zawijamy go tak, aby dolna krawędź sięgała 1/5 średnicy tortilli od góry
.

Następnie łapiemy prawą stronę tortilli i zawijamy ją do środka.

Przytrzymując jak na powyższym zdjęciu dwoma palcami (wskazującym i serdecznym) prawej ręki, łapiemy lewe skrzydełko placka tortilli i zawijamy do środka, po czym przytrzymujemy ją na środku żeby się nie rozwinęła.

Jeżeli tak byśmy ją zostawili, to nasze jedzenie mogło by zacząć nam uciekać (tortilla by się rozwijała, a my zamiast rozkoszować się jedzeniem myślelibyśmy, jak tu zrobić żeby nic nie wypadło
). Dlatego na sam koniec, bawimy się w świstaka, i zawijamy tortille w sreberka
.

Voila – tortilla – gotowa do zjedzenia!


I to już wszystko, całość zajmuje około 15-20 minut, także naprawde nie długo a efekt jest naprawde pyszny
. Sam dzisiaj skosztowałem, więc wiem co mówie!
.
Mam nadzieję że instrukcja jest jasna i pełna, lecz jeżeli ktokolwiek będzie miał jakieś pytania, proszę śmiało komentować.
Na koniec chciałbym serdecznie podziekować Dziubkowi, który tak ładnie dba o to żebym nie zmarniał, i bez którego (bym już pewnie zdechł z głodu) tego przepisu by nie było
.
Pozdrawiam serdecznie, i do napisania w kolejnym wpisie ‘gotowanie z bartkiem’
.
No i mamy kolejny weekend. Wstaliśmy rano, piękna pogoda. Zjedliśmy śniadanko, przyszykowałem aparat. Moja druga połówka się wyszykowała, no to idziemy, w końcu to Londyn. Widzieliśmy go może z 2%
.
No i tutaj pierwsze rozczarowanie, dochodzimy do stacji metra, tablica informacji nt. obecnego statusu cała zapisana. Podchodzimy bliżej i widzimy mniej więcej to:

Nosz kuźwa. Jest sobie weekend. Cały tydzień człowiek czeka. I to nie ja sam, bo z reguły w weekendy metra są naprawdę zawalone. Mnóstwo ludzi wylega z domów na zakupy, zwiedzanie, łażenie a oni zamykają 4 linie (z czego dwie jeżdża do mnie).
Wychodzimy na peron, tak czekamy na metro, gadamy, gadamy… zaraz gdzie jest słońce? Szybkim ruchem głowy zlustrowałem otaczające mnie niebo (normalnie tekst jak z książki
No nic, wracamy… w drodze powrotnej zahaczyliśmy o tesco – mieliśmy kupić płyn do płukania, i sprzęcior na obiad – tortille, ale jak zwykle wracaliśmy z 6 reklamówkami i 20 centymetrowym rachunkiem
Za oknem, oczywiście pada… no nic – to po prostu Summer in London…
Ponieważ jestem osobą która robi z reguły kilka rzeczy na raz, często zdarza mi się zapomnieć co chciałem/miałem zrobić, co czasami przynosi mi opłakane skutki (jak np. to że zapomniałem podlać mojego bambuska… zmarł
).
Od jakiegoś czasu do organizacji używałem plików tekstowych i vim’a. Po prostu jak miałem coś zrobić, zapisywałem to sobie, i miałem wrzucone na swój serwer. Jak potrzebowałem coś dopisać, to po prostu otwierałem vim, i dodawałem odpowiednią linjkę.
Problem pojawiał się jak np. chciałem sobie zapisać zdjęcie (jak niby wrzucić zdjęcie do vim’a
; tak wiem, jak bym się uparł, to mógłbym, ale chciałbym aby narzędzie z którego korzystam było także w miare wygodne, i miłe dla oka – taki ze mnie mały gadżeciaż
), czy też przy większej ilości danych, todos, spotkań vim stawał się mało przejrzysty, i po prostu nieodpowiedni do tego typu zadań. Nawet brak głupiego kalendarza stawał się wkurzający
.
No więc spróbowałem Mozilla Sunbird. Całkiem fajna, ale jakoś nie przypadła mi do gustu.
Próbowałem organizera dołączonego do Horde, ale też nie spełnił moich oczekiwań.
Jakiś czas temu usłyszałem o produkcie 37signals.com – backpack’u, a że od jakiegoś czasu używam ich basecamp’a do organizacji pracy nad różnej maści projektami (naprawde rewelacja, ale to już opisze w innym wpisie
), pomyślałem że produkt może być całkiem ciekawy. No i… nie myliłem się
!
Jest to jedna z lepszych rzeczy na jaką trafiłem w internecie. Nie długo go używam, ale jest po prostu rewelacyjny.
Interfejs – nie wiem czy to javascript czy ajax (w sumie jaka różnica, Ajax to po części javascript) – jest super.
Mogę przesuwać elementy, układać w dowolnej kolejności. Dzięki w/w gadżetom strony – mimo iż całość stoi na zagranicznych serwerach – ładują się błyskawicznie. Interfejs jest przejrzysty, intuicyjny – po prostu jak nokia
.
Mam świetny kalendarz, liste moich stron (tak nazwali to panowie z 37signals) w której mogę sobie robić listy (ja to traktuje jako todo), dłuższe notki, dodawać zdjęcia, pliki, wszystko ładnie porządkować, dodawać linki a wszystkie strony współdzielić z innymi użytkownikami backpack’a (czyli np. szukamy nowego mieszkania z dziewczyną, robimy wspólna strone, udostępniamy sobie nawzajem, wklejamy zdjęcia, jak coś obdzwonimy, możemy odznaczyć; po prostu idealna rzecz do wymiany informacji). Oprócz tego mam możliwość definiowania reminderów! Oznacza to tyle że jeżeli teraz w kalendarzu na następne 5 tygodni w piątki o 20 ustawiam sobie info że mam podlać kaktuska, to o 19:30 dostanę maila z przypomnieniem! Jak dla mnie świetna sprawa!
Wiem że jest dużo innych produktów które może i mają podobną, jeżeli nie znacznie większą funkcjonalność, ale jakoś żaden nie podszedł mi tak jak backpack. Każdy był albo przekombinowany, albo zbyt biedny, albo brzyki, albo nie intuicyjny. Backpack daje mi wszystko czego potrzebuje, i to w bardzo ładnym opakowaniu – dlatego tak bardzo mi się podoba.
Fakt – produkt nie jest darmowy, ale sorry – 5$ (najniższa wersja – na razie mi starcza) jestem w stanie zaplacić za narzędzie które naprawde pomaga mi organizować mój czas, jest fajne, przyjemne, intuicyjne i mam do niego dostęp praktycznie z każdego miejsca (bo jest. np. funkcja która pozwala dodawać elementy wysyłając maila na określony, generowany automagicznie adres e-mail).
Nie będe tutaj zamieszczał screen’ów, gdyż na stronie producenta jest ich od groma. Jedyny minus, jak dla mnie, to brak obługi języka polskiego, co – moim zdaniem – uniemożliwia korzystanie z niego wielu nieznającym angielskiego, rodakom.
Innym – naprawdę serdecznie polecam, na pewno się nie zawiedziecie… a jeżeli się zdecydujecie, to zamówcie proszę konto klikając w poniższy obrazek ![]()

Dzięki temu skromne 2$ spłynie na moje konto – wy nic nie stracicie, a ja zyskam
Od jakiś dwóch lat (z okładem) jestem naprawde szcześliwym posiadaczem Nikon’a D70. Aparat, mimo iż nienajowszy, nadal spisuje się całkiem nieźle i w zupełności mi wystarczy (czyt. używam może 30% jego potencjału
). No ale po ponad 2 latach pstrykania, i przeszło 10.000 klapnięciach migawki, przyszedł czas na solidne, mokre szorowanie matrycy (a raczej filtru AA który znajduje się nad nia; wiele osób które mówi “czyszczę matrycę”, jest w błędzie; matrycy sie z reguły nie czyści – tylko w wyjątkowych sytuacjach – czyści się filtr znajdujący się nad nią, tzw. low pass filter).
Dwa lata temu jak miałem paprochy, i już grucha nie pomagała, kupiłem na amerykańskim Ebay’u Sensor Brush’e. Specjalne pędzelki zrobione z ultra-delikatnego płótna, którymi można bylo do woli zamiatać po filtrze, a także po lustrze (gdyż dostałem 2 – jeden z przeznaczenie do filtru, drugi do lusta). Wtedy sprawdziły się świetnie – jedno z lepiej wydanych 9$ w moim życiu
. Ale teraz już nie dawały rady.
No więc miałem kilka opcji do wyboru.
- Pierwsza – Wysłać aparat do Nikon’a z prośba o czyszczenie. Plus jest taki że pewnie zrobili by to dobrze. Minusy są takie że przez minimum 2 tygodnie pozbawiony byłbym aparatu, oraz usługa była by płatna (gdyż aparat jest już po gwarancji), a że mieszkam w Anglii, to płatna w £, co nie oznacza raczej nic dobrego
. - Druga opcja to oddanie go do czyszczenia w jakimś lokalnym photo-shopie
. Pytałem w kilku shop’ach, i ceny bywały różne, od £25 do nawet £90 (jessops), czas oczekiwania podobny – od 15 minut, do kilku dni (znowu jessops…) a jakość usługi – z tego co czytałem na grupach dyskusyjnych – często wątpliwa. - Trzecia opcja była najbardziej stresująca, najbardziej ryzykowna, najmniej kosztowna i najciekawsza
. Mianowicie kupno sensor-swabów, płynu (np. eclipse, lub VDust) i samodzielne czyszczenie matrycy
.
Czemu stresujące, i najbardziej ryzykowne – bo łatwo można spieprzyć sprzęt.
Najtańsze – bo zestaw za £35 starczy mi na jakieś 5 lat
– może nawet więcej.
Najciekawsze – no co tu dużo mówić
… zaje***** sprawa
.
Jak zapewne się domyślacie – wybrałem opcję trzecią. Pogooglałem trochę, i znalazłem na stronie cameraworld.co.uk Sensor Swab‘y i płyn VDust który był bardzo pozytywnie opisywany na innych stronach. Dlaczego cemeraworld? Ano dlatego że mają oddział w Londynie, gdzie mogłem sobie pójść i kupić cały ekwipunek, i przy okazji obejrzeć go na miejscu.
Buteleczka może i wygląda na duża na poniższym zdjęciu:
ale jest taka kuźwa mała że szkoda gadać. Dobrze że dawkowanie tego płynu nie jest zbyt duże, bo wtedy opłacalność tego przedsięwzięcia stała by się sprawa dyskusyjną.
Sensor Swab’y występowały w dwóch kolorach. Zielonym i pomarańczowym. Pytałem i różnice, ale sprzedawca mi powiedział że nie ma żadnej (do czego nie jestem jakoś do końca przekonany, ale też jestem zbyt leniwy żeby to sprawdzić
). Jest ich sztuk 12. Starczy na troche czasu… a pudełeczko wygląda tak:
Jak tylko dojechałem do domu, wziałem sie za czyszczenie aparatu. Na początek otworzyłem go, i solidnie wydmuchałem gruchą, po czym wziąłem jedną łopatkę, nakropiłem na nią 4 kropelki płynu, postępując wg. instrukcji odczekałem jakies 15-20 sekund (żeby płyn troche odparował, i zacząłem mycie filtru (pamiętając że należy to robić w jednym kierunku, od strony prawej do lewej – jeżeli trzymacie aparat “twarza” do siebie
). Po dosłownie 4 przejechaniach – płyn wysychał błyskawicznie, nie wiem, 2 może 3 sekundy – matryca jest czysta jak nigdy
.
Reasumując nie jest to nic strasznego. Ryzyko uszkodzenia aparatu podczas wykonywania tej czynności jest bardzo nikłe, pod warunkiem że będziecie to robili sprzętem do tego przeznaczonym – czyli sensor swabami i odpowiednim płynem (żadnych spirytusów, ściereczek do optyki itp; wierzcie mi – przekonałem się na własnej skórze o tym
).
Zapewne mało z nas cieszyłby fakt konieczności pozbycia się aparatu na minimum 2 tygodnie i do tego jeszcze płacenia za to… (co najlepsze jestem pewny że jakbym go nie miał, najbardziej by mi się chciało robić zdjęcia – ale tak to już jest, jak czegoś nie możesz mieć – pragniesz tego najbardziej
).
Także policzcie – pieniążki które zaoszczędzicie na czyszczeniach matrycy w najbliższych latach, oraz przede wszystkim czas w którym pozbawieni będziecie swojego aparatu… jak dla mnie – wybór jest oczywisty.
To by było na tyle, i pamiętajcie, nie taki diabeł straszny, jak go malują
.
Świetny film. Naprawdę polecam! ![]()
http://transformers.filmweb.pl/
Czytając dzisiaj nowe rss’y natknąłem się na taki oto news na bash.org.pl:
Forum Onetu:
satan: Zapytalem pana ktory instalowal mi internet gdzie mozna kupic dostep do google i za ile, bo mysle ze bardzo mi taka wyszukiwarka by sie przydala. On mi zaoferowal ze za 50 zl mi zrobi taki lewy skrot na pulpicie do google. Zgodzilem sie ale teraz mam obawy czy moga wykryc ze uzywam google nielegalnie i czy nie lepiej jednak skasowac ten skrot i zakupic dostep oryginalny? Dziekuje za pomoc.
Ludzie, trzymajcie mnie, bo spadne z podłogi…
Od jakiegoś czasu (hmm… 4 lat
) jestem fanem FreeBSD.
Dzisiaj czytając jakieś grupy dyskusyjne znalazłem ciekawy artykuł Ivan Voras, mianowicie zestawienie nowych rzeczy które mają być zaimplementowane w FreeBSD 7. Lista jest naprawde spora, i co tu dużo mówić – wymiata
.
http://ivoras.sharanet.org/freebsd/freebsd7.html
Ha! Udało mi się je zrobić
. I to już jakie 4 czy 5 wpisów temu
. Oczywiście sprawa była dość banalna, i bardziej mi brakowało czasu niż pomysłu aby osiągnąć cel. No ale w tym wypadku musze pochwalić windowsa. Przełączanie strony kodowej klawiatury z uk na pl jest mega proste i wygodne. No i wreszcie mój blog spowrotem ma pl-literki.
Reasumując ostatni weekend, który właśnie mi się kończy (nad czym bardzo to ubolewam), mogę powiedzieć iż był czysto filmowy. A co było na ruszcie?
1). Hit ostatnich dni, wszędzie o nim głośno, wszędzie zielono… Shrek trzeci, oczywiście w Polskiej wersji językowej. Co jak co, ale takie filmy jak Shrek wg. mnie są znacznie lepsze z polskim dubbingiem niż np. angielskim. Sam film był… taki sobie. Szczerze mówiąc myślałem że będzie znacznie lepszy. Przez cały film pośmiałem sie może 4-5 razy, gdzie w przypadku poprzednich części może było 4-5 sytuacji w których się nie smiałem. No ale w końcu to już trzecia część Shreka, może po prostu brakowało pomysłów autorom, ale skoro tak – chyba lepiej by zrobili kończąc na dwójce. Mimo wszystko polecam.
2). Spiderman 3 – tutaj bez nowinek. Czerwono niebieski pajacyk skaczący na linkach wystrzelanych z dłoni. Czasem lubie obejrzeć takie klimaty, jednak nie częściej niż raz na 2 lata – czyli akurat nadszedł czas
.
3). Shooter – sam fakt że główną rolę gra Wahlberg był dla mnie odpowiednim powodem żeby obejrzeć film. Uwielbiam (bez żadnych dwuznaczności
) tego aktora. Powiem tyle – film świetny – gorąco polecam.
Oprócz tego byliśmy w Regent’s Park który jest po prostu uroczy. Strasznie żałuje że mój aparat ma zapyziałą matrycę (która zresztą będe próbował w tygodniu czyścić o czym zapewne napiszę
), bo nie mogłem popstrykać. Chociaż z drugiej strony, będe miał powód żeby pójśc tam raz jeszcze
.
Tak wiem, robie mnóstwo byków. Staram się z tym walczyć, walka jest zacięta ale niestety czasem zdaża się mi przegrać jedna czy dwie bitwy, i wtedy właśnie błedy wdzierają się do moich wpisów. Prosze na nie nie zwracać uwagi
.
No dzisiaj złapałem jakieś natchnienie
. 3 wpis, no ale co tam, trzeba kuć żelazo puki gorące
.
Wczoraj podczas lunchu w pracy, trafiłem na stronę ciekawego data center. Co w nim ciekawego? Ano to, że cała energię potrzebną do funkcjonowania czerpią z paneli słonecznych! Wewnątrz wiekszość serwerów to Opterony, które zużywają do 60% mniej prądu niż inne procesory, emitując przy tym mniej ciepła, stacje robocze pracowników to bezdyskowe stacje klienckie które zużywają 8W prądu (nie licząc monitora, niestety) a ich hasłem przewodnim bycie przyjaznym dla środowiska.
Całe data center zasilane jest z 120 giganycznych paneli słonecznych. Dzięki temu obliczono że rocznie oszczędzają atmosferze 19.890 funtów CO2, 5.9 funta NOX, 0.45 funta SO4 który jest chyba najmniej przyjazny środowisku. W ten sposób ratują życie 3.5 akra drzew rocznie!
Puki co jest to jedyne tego typu data center. Wygląda to zabawnie, bo w ostatnim czasie mieliśmy w pracy problemy, gdyż nie mogliśmy dostawić nowych serwerów do data center ze względu na to iż właśnie są przy górnej granicy poboru mocy. Niesamowite, puki tutaj nie przyjechałem, nie wiedziałem nawet że prąd może być takim problemem w data centrach. Zawsze mówiło się o prędkości i ew. miejscu na serwery, coraz częściej pojawiał się też temat chłodzenia, ale prąd… Tutaj nie martwią się o łącza, chłodzenie, ale głównie o prąd. Np. do jednej szafy są w stanie doprowadzić 8A prądu co może powodować że do w jednej szafie 42U wykorzystanych będzie 8U (co automatycznie rozwiązuje problem chłodzenia
).
W każdym razie koncepcja zielonego data center strasznie mi się spodobała, i jeżeli ktoś chciałby dokładniej przybliżyć sobie temat – odsyłam na ich stronę domową – http://www.aiso.net/.
Tak, to dzisiaj…
Dotąd wszystkie notki jakie czytałem mówiły o tym że jest to mega szczęśliwa data, i ludzie się żenia, spotykają i wogóle wielkie łał…
Dzisiaj rano przeczytałem przesąd o tym, że dwie (i więcej) siódemki w dacie oznaczają skrzyżowane kosy i smierć… Hmm… nawet na to nie wpadłem
Ostatnio jakoś nie mam natchnienia do pisania, a szkoda bo już prawie rok istnieje mój blog, i rzadziej lub częsciej coś tutaj pisywałem (mimo wielu uwag nt. tematyki wpisów
). Musze się jakoś zmobilizować, bo w końcu mój blog całkiem ‘zardzewieje’ i siłą rzeczy – z praktycznego punktu widzenia – przestanie istnieć.
Ostatnie dni spędziłem w Polsce. Nareszcie, po 5 miesiącach za granicą udało mi się zawitać w moich domowych progach
. Fajnie było, nawet bardzo, tylko szkoda ze tak krótko. Bo 5 miesięcy zaległości ciężko nadrobić w ciągu niespełna 6 dni.
Odwiedzić najbliższą rodzine, poopowiadać jak mi jest, jak ‘tam’ jest, i to kilka razy to samo, wybawić sie z psami, spotkać z kolegami…
Swoją drogą wstawanie o 2 rano po to żeby wylecieć samolotem o 7.10 to masakra. Jakby człowiek sie nie starał zasnąć poprzedniego dnia wcześniej (bo plan był że wracam z pracy i ide spać – tak koło 8 pm
), nie uda mu się. Tym sposobem spać poszedłem o 0:30 a wstawałem o 2.00
. Straaaasznie fajnie… Ale jest też pozytywna strona takiego przedsięwzięcia – po przyjeździe ‘prawie’ cały dzień dla mnie. Prawie, ma tutaj takie znaczenie jak w reklamie, bo 5h spędziłem odsypiając to co w nocy straciłem
.
Tak jak pisałem, pobyt w domu minął mi błyskawicznie, ale nic w tym dziwnego – to co dobre zawsze szybko się kończy.
Dodatkowo nasz powrót zbiegł się w czasie z kilkoma mało ciekawymi wydarzeniami w Anglii i troszkę obawiałem się ze na lotnisku zostaną wprowadzone dodatkowe restrykcje odnośnie przewożenia sprzętu typu laptopy i aparaty. Jednym słowem że będą musiały podróżować w bagażach podróżnych a nie podręcznych, co oznaczało by jedno – że będe musiał zostawić je w domu. Na szczęście nie było nic takiego, ale strachu troche się najadłem
.
A wrecz przeciwnie do moich obaw, spotkało nas pozytywne zaskoczenie. Jak puki co większość polaków na emigracji, wracając z domu wzieliśmy wałówkę. Nie chodzi już nawet o to że jedzenie jest droższe w Anglii, bo na brak £ nie cierpimy, ale o to że jest po prostu lepsze. No i spowodowało to że nasze dwie torby, które w drodze z Anglii do Polski ważyły łącznie niecałe 5kg w drodze powrotnej ważyły ponad 46 kg
. Pani troszkę się krzywiła ale jakoś się udało przejść bez dodatkowego płacenia, a dzięki umiejętnościa perswazji udało nam się jeszcze dopakować do nich ponad 2kg
.
Po powrocie do Londynu, nic ciekawego – ten sam hałas, te same tłoki i Ci sami ludzie z chyba wszystkich krajów świata
.
Oprócz tego minął okres próbny mojej pracy w squiz. Miałem krótką rozmowe, w sumie całkiem przyjemną tyle że nie do końca nie spełniła moich oczekiwań…
. No ale jeszcze poczekam, i zobacze co mi życie przyniesie.
W ostatnich dniach strasznie głośno wszędzie o nowym produkcie apple – iPhone. Obejrzałem kilka filmików pokazujących możliwości tego telefonu, i szczerze mowiąc nie wiem czy chciałbym mieć taki ‘telefon’ (o ile można go jeszcze nazwać telefonem).
Dla mnie telefon powinien dzwonić, umożliwiać dzwonienie, wysłanie/odebranie sms’a i mieć wbudowany budzik (który jest dla mnie po prostu nie zastąpiony), a reszta ich możliwości to po prostu dodatki z których przynajmniej ja i tak nie korzystam (jak np. aparat 5mpx jak to ma Nokia N95 który robi gorsze zdjęcia niż mój Canon PowerShot A70 mający 3.2 mpx produkcji 2003 roku, lub organizer którego obsługa jest tak praktyczna, intuicyjna i wygodna jak w przypadku emacs’a
). Jeżeli chcesz mieć telefon, to kupujesz telefon. Jeżeli chcesz mieć aparat – to kupujesz aparat. Tak samo w przypadku mp3 playera i innych rzeczy. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do d***
.
No ale widząc liczby ilości sprzedanych iPhone’ów w ciągu pierwszych dni w USA, można wnioskować że albo ludzie lecą na te gadżety i akcja marketingowa Apple poprzedzająca premiere iPhone działa świetnie (w sumie to USA, kraj w których marketing gra bardzo ważną rolę w życiu publicznym), albo ten iPhone ma jednak coś w sobie. Zobaczymy, pod koniec roku ma być dostępny w brytyjskiej o2… Może jeszcze będe odszczekiwał swoje słowa
.
I jeszcze jedno, jak dla mnie największym błędem ze strony Apple w kwestii iPhone’ów jest fakt, ze po ‘zużyciu’ się baterii (co, wg. Apple ma miejsce po ok. 300 ładowaniach) telefon trzeba będzie wysłać do Apple’a i zapłacic 80$ za wymianę baterii na nową.
Co jak co – ale to już jest przegięcie…